|
Odwiedzin 3220
|
|
Czterdziesty dziewiąty. |
2010-02-18 | 20:16:25 |
Dziś wreszcie pogoda była czynnikiem podnoszącym poziom endorfin. Gdy wyszło się na dwór, czuć było wiosnę i chyba tylko niemiłosierna ciapa na chodnikach i jezioro łabędzie w butach było żywym dowodem na to, że wciąz jest zima. Sporo czasu spędziłem z ciotką jeżdżac po wszystkich możliwych i niemożliwych sklepach w mieście. I tak jeżdżac wciąz myślałem o tych najbliższych mi osobach. W takich chwilach potrzebuję tylko ich. Tylko one się dla mnie liczą. Cholera, przez to wszystko piszę coraz mniej. Nie zaniednuję pisania, mimo niesprzyjających okoliczności jestem tu codziennie. Możliwe, że niedługo wyjadę na kilka dni na wybrzeże. Ciotka jest dość konkretną osobą i zapewne już w niedzielę by mnie zabrała. Ale pewnie w marcu lub na początku kwietnia tam pojadę. Jeśli uda mi się w ciągu kilku dni znaleźc zatrudnienie - prawdopodobnie zostanę tam już na stałe. Będzie to spory krok wprzód, tymbardziej że od pewnego czasu poważniej myślalem o 3-mieście pod kątem pracy i mieszkania. Tak będzie lepiej. Tam mam większe możliwości. Tam w ogóle mam możliwości. Jutro w drodze będę sporo o tym myśleć. Chcemy z ciotką odwiedzić Oświęcim. Zapewne cały dzień spędzimy w drodze. Zapowiada się wielkie myślenie.
skomentuj | (0)
|
Czterdziesty ósmy. |
2010-02-17 | 20:36:05 |
Kurwa co za dzień. Znów nie mogłem spać. W dodatku od samego rana towarzyszy mi ból głowy. W ogóle miałem dziś zaplanowany dzień, ale jak zwykle nic nie wypaliło. Ktoś kiedyś mówił żeby starać się unikać planowania, miał rację. Tracę ostatnio ochotę nawet do pisania. Ciężki tydzień. Jestem zdezorganizowany, wypatroszony. Na niczym nie mogę się skupić. Chyba jedyn e, co udało mi się dziś zrobić to dokończenie instalacji programów na tym świeżym systemie. Teraz obejrzę mecz, sprint i spać. Środek tygodnia a ja już mam go dość.
skomentuj | (0)
|
Czterdziesty siódmy. |
2010-02-16 | 18:09:20 |
Dzisiejszy dzień podobny był do wczorajszego. Też praktycznie cały spędzony poza domem. Rano poszedłem do babci, gdzie mieliśmy czekać na tę nową kanapę. Przywieźli i jakoś ją wnieśliśmy, następnie wynieśliśmy starą na dół do samochodu ciotki. Po obiedzie pojechaliśmy odwieść wujka do domu i zabrać mu tę starą kanapę. Tam istna klęska. Troszkę namachałem się łopatą by ogarnąć śnieg. 3 razy się zakopywaliśmy.
Później wróciliśmy do domu. Teraz siedzę i staram się instalować kolejne programy. Nie ma to jak format. Co ciekawe, system padł tak nagle, że nawet ja się tego nie spodziewałem. Wszystko działało dobrze a tu nagle trach i po systemie.
Ogarniam to jakoś, muszę. Ciązy na mnie presja czasu, bo o 20:30 jest mecz Milan - Manchester United. Chcę zdążyć i obejrzeć go w Internecie. Przyjazd rodzinki nieco pokrzyżował moje plany, ale jakoś daję sobie z tym wszystkim radę.
skomentuj | (0)
|
Czterdziesty szósty. |
2010-02-15 | 19:17:54 |
Piszę to trochę w warunkach "polowych". Niska rozdzielczość, kiepska paleta kolorów, ryzyko, że system za chwilkę się zawiesi. Wróciłem wczoraj z piw(a) i po odpaleniu komputera okazało się że coś złego się dzieje z systemem. Jako, że troche mi te literki latały przed oczyma, dopiero dziś rano na dobre upewniłem się że trzeba "postawić" system od nowa. W dodatku dowiedziałem się, że nawiedziła mnie rodzinka znad morza. Tym sposobem przez cały dzień nie mogłem znaleźć czasu, by zając się swoim poczciwym sprzetem... Ciotka postanowiła, że kupimy babci nową kanapę. Bo ta stara faktycznie się już rozwala. Zupełnie dla żartu pojechaliśmy sobie do Radomia. Po drodze dyskutowaliśmy o pierdołach i liczyliśmy tirówki :) Zwiedziliśmy 3 wielkie sklepy meblowe, ale nie znaleźliśmy nic co by nas mogło zainteresować. Dopiero odpowiednią kanapę znaleźliśmy w sklepie, który był 400 m od mojego bloku. Jutro ma być przywieziona na 11:00. Dodatkowo spytała czy nie zrobił bym jej porządku w laptopie. I tym sposobem dzień minął dość szybko. Ale przynajmniej nie było nudno. I chyba dobrze, że upłynął on właśnie tak mimo tego, że miałem całkowicie odmienne plany. Jutro pewnie też sporą część dnia spędzę poza domem, bo tę starą kanapę postanowili zawieść na wieś tam gdzie mieszka wujek, który niedawno był w szpitalu. Ale za to wieczorem obejrzę w Internecie mecz Ligi Mistrzów (po chińsku:)). Urwanie głowy z tym komputerem.
skomentuj | (0)
|
Czterdziesty piąty. |
2010-02-14 | 20:26:34 |
Dzień Chorych na Padaczkę minął bezboleśnie. Wczoraj miałem pewne obawy że jednak mimo wszystko będę czuć jakieś zażenowanie, straszny smutek, no fakt przykro było, ale po kolei. Od rana omijałem z daleka wszelkie media. Komercyjny balon pompowany był już od dawna i dziś miał osiągnąc punkt kulminacyjny. Rano wstałem dość późno i do popołudnia oglądałem online odcinki Family Guy'a. Odkryłem tę kreskówke dośc dawno. Jest tam wszystko co oczekuję od takiej kreskówki: głupawi Amerykanie, prześmiewczy humor, dziecko chcące zabić matkę, seksoholik oraz gadający pies. Nie musiałem długo czekać aż znajdzie się chętny na wyjście na piwo. Wyjście trochę się przeciągnęło, ale przynajmniej nie zostałem w tym dniu sam. Ale jak by nie patrzeć, jest człowiekowi trochę przykro. Właśnie dziś samotnośc dobija najbardziej. I to właśnie sprawka tej medialnej propagandy. Przecież dzień jest beznadziejny jak każdy inny. Ale co ?? Właczę telewizor - serduszka. Włączę radio - serduszka. Uruchomię Internet - serduszka. Otworze gazetę - serduszka. Podniosę klapę od sedesu - serduszka. No to jest jakiś obłęd. A może by tak raz do roku wśród tych milionów serduszek znalazło się chociaż jedno dla mnie ?? Chyba nikt by nie umarł przez to, że ja tego dnia czuł bym się trochę lepiej. Fakt, posiadam przyjaciół. Ale nie świadczy to o tym że jestem dobrym kumplem. Świadczy to o tym, że dla nich mogę być najwyżej kumplem / przyjacielem. Że tylko do tego jestem przydatny. Ile można ?? Wiem, że nikogo nie zmusze siła by mnie pokochał (chociaż hipnoza nie jest takim złym pomysłem), zresztą nie chciał bym tak. Ale przecież nie jestem jakimś pierdolonym dziwolągiem, którego można polubić ale w żadnym wypadku nie da się pokochać. Może musze uświadamiać że tak nie jest bo ludzie wciąż żyją w niewiedzy.
Wiadoma sprawa, że ktoś nie mający matki nie polubi Dnia Matki. Że ktoś, kto stracił bliską osobę nie polubi Święta Zmarłych. Jestem sam więc nie lubię walentynek. Po prostu. Ale dzień już zbliża się ku końcowi. Mam z tym gównem spokój. Będę się martwić za rok.
skomentuj | (0)
|
Czterdziesty czwarty. |
2010-02-13 | 21:03:34 |
Zimna i śnieżna sobota rozpoczęła się wcześnie. Nie było to planowe rozpoczęcie, ale niestety, nie masz normalnych sąsiadów - ponoś konsekwencje. Zastanawiałem się kiedyś czemu właśnie w tym bloku pełnycm idiotów wylądowałem nieco ponad 20 lat temu. Nawet rozmawiałem o tym z rodzicami i okazało się że wtedy tylko to mieszkanie było do wyboru. Wówczas na taką kwaterkę czekało się latami, a że ojciec pracował dość długo w spółdzielni, miał bonus w postaci krótszego czasu oczekiwania na mieszkanie. Jednak blok to przekleństwo. Kichniesz w łazience a po chwili słyszysz stłumione "na zdrowie". Wiesz o każdym remoncie w bloku i o każdej balandze, chociaż wcale nie zabiegasz o taką wiedzę. Szybko poznajesz się na ludziach i ludziskach. Dzielisz ich na tych, których można wpuścić do domu i na tych, których nie mozna. Jednym pomagasz nieść zakupy a z innymi nie jedziesz nawet windą. Ogólnie dzień minął na sportowo. Szczególnie ucieszyła wygrana mojej drużyny i srebro Małysza. Czasem są takie chwile, że wypadało by wyłączyć myślenie. Ale nie da się myśleć o niczym. Niedawno naukowcy wykazali że ludzki mózg potrafi w ciągu sekundy przetworzyć 2,5 MB danych. Gdy coś gryzie i nie daje spokoju, liczba ta potrafi mocno podskoczyć. Tak przynajmniej uważam, mimo, że naukowcem nie jestem. Niech już będzie poniedziałek.
skomentuj | (0)
|
Czterdziesty trzeci. |
2010-02-12 | 18:12:02 |
Dziś była kolejna okazja do zarobienia. I oczywiście z niej skorzystałem, ale jednak trzeba mieć niezłe nerwy by wytrzymać z głupotą ludzi. Najpierw gość spóźnił się 20 min i czekałem u niego pod blokiem. Później już w trakcie instalacji spękamy po całym domu szukał płyty ze sterownikiem do neta i dźwięku. Przecież można to wszystko trzymać w jednym miejscu. Zainkasowane 6 dyszek tylko trochę poprawiło mi humor. Ogólnie źle się czuję. Zbliża się najgorszy dzień w roku i z każdą minutą jestem tym faktem coraz gorzej sfrustrowany. W dodatku dziś jakiś nalot domokrążców. Od rana wszystko mnie wkurza, myslałem nawet o zaparzeniu sobie melisy czy czegoś. Ale melisy nie mam a leki uspokajające tylko by mnie otumaniły. Jakoś trzeba to przetrwać. Podobno te świnie z Orange ślą jakieś walę-tynkowe MMS'y. Jak to gówno dostanę to ich chyba storpeduję. Bez odbioru.
skomentuj | (0)
|
Czterdziesty drugi. |
2010-02-11 | 18:25:53 |
Jednak prognozy się sprawdziły i dziś mocno sypało. W ogóle w tym roku zima jest wyjątkowo upierdliwa. Dawno nie było tak, żeby 1,5 miesiąca leżał śnieg. Gdy się na to patrzy, człowieka ogarnia taka niesamowita chęć wyjazdu gdzieś gdzie są jakieś normalne warunki pogodowe. Ale teraz ciężko trafić. Albo upały, albo mrozy, albo śnieżyce. Ale widocznie Matka Natura dostała menopauzy i jej po prostu odwala. Pączkowanie nie ominęło dziś i mnie. Zjadłem nie 5 a 6 pączków. Dla mnie jest to zalecane. Akurat dbanie o linię to chyba ostatnia rzecz jaką musze robić. Wyszedłem też dość wcześnie. Z rana nawet skorzystałem z miejskiej komunikacji, ale później już poruszałem się pieszo. Teraz wiem już na pewno, że nasza rezygnacja ze stacjonarnego doszła do Katowic. Dziś dzwoniła pewna kobieta z TPSA i wręcz błagała żeby nie rezygnować z telefonu stacjonarnego. Nie no, wszystko ładnie i pięknie ale ją też by pewnie wkurwiły telefony o 21:30 od firm zapraszających na pokaz samoprzylepnego papieru toaletowego, kotów bonsai albo używanej żywności. I nie jest to chyba przypadek, że 20 min po ich telefonie sygnał znów postawił mnie na nogi. Facetka nie wiedziała za bardzo co powiedzieć gdy spytałem skąd mają nasz numer i jakim prawem tu dzwonią. Po ponowieniu pytania odłożyłem słuchawkę i wyłaczyłem to czerwone, plastikowe gówno bez wyświetlacza z gniazdka. W tym kraju chyba nie dzieje się nic innego oprócz komisji śledczych. Może ktoś ma ochotę, by oglądać tę polityczną kompromitację, ale puszczać to na 3 kanałach jednocześnie ?? Pewnie ten polityczny syf nie skończy się tak prędko, tymbardziej że w tym roku wybory. I pewnie wzajemna nagonka będzie z miesiąca na miesiąc rosła w tempie geometrycznym. Swoją drogą, mogli by w tym kraju przywrócić karę śmierci. 17-letni frajer zabija nożem człowieka i co ?? I ma dostać dozywocie ?? Państwo ma go utrzymywać za 2 tyś miesięcznie ?? Śmieci powinno się utylizować lub wywozić. Boję się chodzić po większych sklepach by nie stracić nerwów. Wszędzie stosy różowych i czerwonych pedalskich serduszek i stada wyżelowanych frajerów spuszczających się nad półką z czekoladkami. Co za pojebany kraj. Chłoniemy zagraniczny syf jak gąbka. U kogoś jest Big Brother to i tu musi być. U kogoś jest Taniec z Gwiazdami to i tu musi być. Naród bombardowany jest pustymi programami, teleturniejami, telenowelami, coraz to nowymi politycznymi "niusami". To jest jakiś fenomen w skali Europy. Na 100 osób przypada statystycznie 109,5 zarejestrowanych numerów telefonów, a te usługi są w Europie droższe tylko na Słowacji. Mamy najwolniejszy i najdroższy Internet w Europie ale najlepszych programistów i informatyków na świecie. Nadziwić się nie można. Jutro startują Igrzyska w Vancoover. Ciekaw jestem występu naszych skoczków oraz Justyny Kowalczyk. Oby Mazurka Dąbrowskiego zagrali przy innej okazji niż tylko wciąganie Naszej Flagi na maszt :)
skomentuj | (0)
|
Czterdziesty pierwszy. |
2010-02-10 | 18:16:30 |
Dziś był jeden z tych dni, w których "szkoda w domu siedzieć". Zresztą i tak na codzień staram się możliwie jak najczęściej z domu wychodzić. Dziś postanowiłem ponownie zanieść CV do huty, ale tym razem zostawiłem je w innym miejscu. Byłem także w Galerii a konkretnie w recepcji, spytać o jakąs pracę. Byłem tam pod koniec tamtego roku i mówili, by ewentualnie przyjśc w lutym, ale jak zwykle "niestety na tą chwilę nie mamy nic co byśmy mogli panu zaproponować". Przy okazji przebywania w tamtych rejonach odwiedziłem babcię, która przy okazji że przyszedłem, poprosiła o przyniesienie czegoś z piwnicy. Jako jeden z nielicznych mogę na prawdę się poszczycić tym, że babcia mi się udała. Później upewniłem się że kolejny kupon z zakładów rozbił się o jeden mecz, ale jednak nie zdeprymowało mnie to, ale jeszcze bardziej zachęciło do dalszej gry. I oczywiście znów zagrałem. Wciąz liczę, że wygram, w sumie gdybym na to nie liczył, sens grania byłby mniejszy lub równy zeru. Ucieszyłem się na wieść o tym, że za tydzień wraca Liga Mistrzów. A gdy ona budzi się z zimowego snu oznaczać to może tylko dwie rzeczy: idzie wiosna i jest więcej okazji do gry. Brytyjscy naukowcy udowodnili, że można umrzeć z nudy. Gdyby tak skumulować moją nudę z 90 % sobót i niedziel z ostatnich 3 lat, można by skonstruować potężne narzędzie masowej zagłady :) Musze na to uważać. Musze zważać na nudę, mierzyć jej poziom we krwi regularnie, bo jeszcze mnie ona zabije i nie zobaczę Euro 2012... A jutro tłusty czwartek, taki sucharek jak ja powinien mieć ten dzień na czerwowo zaznaczony w kalendarzu. Juz zaklepane jest śniadanie: 5 pączków i 2 szklanki ciepłego mleka. Tylko trzeba jutro wcześnie wstać by nie wykupili najdorodniejszych okazów :) A później chcę iść do Urzędu. Miałem sukinsynów nękać i będe konsekwentny.
skomentuj | (0)
|
Czterdziesty. |
2010-02-09 | 18:31:20 |
Pierwszy raz pozytywnie w tym miesiącu zaskoczyła mnie telewizja. Otóż wczoraj na TVP1 nadali film "Konwój". W ogóle ostatnimi czasy spotkałem się z kilkoma filmami o podobnej tematyce. Zawsze amerykańskiego TIR-owca postrzegałem jako spoconego faceta słusznej postury, w wieku ok 40 lat, kapeluszu, koszuli w kratkę i tych prześmiesznych kowbojskich butach. Kiedyś trafiłem na film "Pojedynek na Szosie", który był reżyserskim debiutem Spielberga. Zachwyciłem się nim. Po pierwsze był element grozy, gdy ta ciężarówka prześladowała kierowcę osóbówki. Był element tajemniczości, gdy przez cały film nie pokazano twarzy kierowcy ciężarówki. A co najważniejsze - nie było wątku miłosnego. Jak dla mnie film idealny. Efektów specjalnych nie było, gra aktorów dość przyzwoita. Później trafiłem na serię "Joyride". I jak w przypadku "Pojedynku na Szosie", był tam szalony kierowca ciężarówki. Dziwnym filmem był "Roadgames", tam trucker chyba uganiał się za jakimś mordercą... Jakoś tak. Niewiele jest filmów o takiej tematyce, a szkoda. Dziś do 10 musiałem zostać w domu, później poszedłem do tego faceta, co miał problemy z zainstalowaniem Internetu z Netii. W sumie jak się ktoś nie zna na tym, to może mieć z tym kłopot. Za 10 minut roboty (bo musiałem oczyścić źle zainstalowane przez faceta stery), zainkasowałem 20 zł. Więcej bym za to nie dostał, ale jeśli ktoś jak ja, zajmuje się kolekcjonowaniem różnych monet i banknotów NBP, to na kolejny taki okaz w kolekcji narzekać nie może. Nadal myślę nad tą firmą. Żałuję jak cholera, że nie wypaliło. Mieć 5 takich klientów dziennie i od każdego inkasować po 30 zł lub więcej, w zależności czy trzeba coś podłaczyć czy przeinstalować system, można wyjść na swoje. Później gdy już wróciłem ogarnąłem pokój, wymieniłem te przeklęte gniazdka, których nie wymieniłem wczoraj a później zrobiłem znów porządek w piosenkach. Coraz częściej w myślach uciekam do takiego idealnego miejsca. W miejscu tym nigdy nie ma zimy ani jesieni. Nie ma dresów, wyznawców "religii JP" i innych odszczepieńców, nie ma psów w blokach, nie ma też samych bloków z wielkiej p(ł)yty, nie ma walentynek, świadków jechowy, moherowych beretów oraz 1583 innych rzeczy przez które moje noworoczne postanowienia o nie-przeklinaniu upadają już w Nowy Rok.
skomentuj | (0)
|
Trzydziesty dziewiąty. |
2010-02-08 | 18:25:20 |
Jakaś mądra głowa dawno temu ustaliła, że 18*C jest temperaturą pokojową. Dla mnie jest to temperatura co najwyżej przedpokojowa, nie rozumiem jak normalnie można egzystować gdy w pokoju panuje taka temperatura. Przynajmniej dla mnie to o 3-4 stopnie za mało. Jako organizm ciepłolubny zawsze przepadałem za miejscami ciemnymi i ciepłymi. Chociaż ciemno nie jest koniecznie potrzebne. Pocieszam się faktem, że już bliżej niż dalej do wiosny, nie tylko tej kalendarzowej, astronomicznej ale takie namacalnej, odczuwalnej na własnej skórze. Dzień już znacznie dłuższy, to dobry znak. W ogóle od rana wszystko jakoś mi z rąk leci. Ale na szczęście nie jestem chirurgiem. Znalazłem w gazecie ciekawe ogłoszenie, że sklep komputerowy poszukuje handlowca. Zadzwoniłem i niestety nie kwalifikuję się, bo musi być to osoba z doświadczeniem. Z dnia na dzień spotykam się z coraz większą ilością takich ogłoszeń. I prawdę mówiąc czasem myślałem nad wyrobieniem sobie jakichś lewych papierów poświadczających o moim doświadczeniu zawodowym. Po emocjach związanych z ogłoszeniami, czas przyszedł by wyjść na miasto. Postanowiłem wymienić sobie kontakty w pokoju. Kupiłem w Castoramie dwa gniazdka, jutro to wymienię. Dziś się do tego nie paliłem, leci mi wszystko z rąk. W drodze powrotnej naszła mnie chęć na chińską zupkę, więc kupiłem. Taki mały posiłek przed obiadem, czemu nie :) Gdy chciałem ją przyrządzić źle obliczyłem współczynnik oraz wektor przyłożonej siły potrzebnej do otwarcia tej małej torebki z przyprawą. Częśc jednak rozsypała się na stół, więc jeszcze była zdatna do użytku. Niemiłosiernie mnie to wkurzyło. Niby taki błachy powód a jednak takie rzeczy dobijają najbardziej. Na szczęście później przy robieniu sobie placków ziemniaczanych, zamiast ziemniaka nie starłem na tarce palca lub głowy. Nie mogę jakoś jeść placków ziemniaczanych solonych. Zawsze słodzę a dziś nawet dodałem trochę śmietany. Po południu zadzwonił facet, jutro może wpadnie kilka groszy. Gdzieś tam ktoś ma Internet z Netii i nie umie tego zainstalować. Pójdę, a co mam nie iśc. Za darmo tego instalować nie będę. Kolejny raz nie poszło mi w zakładach bukmacherskich. Co ciekawe zawsze wykładam się na pewniakach. Na meczach na które kursy nie przekraczają 1,40. I gdybym tak raz, drugi, postawił odwrotnie, na inną drużynę, na którą kursy zapewne przekraczają 4 złote, byłbym o wiele bogatszy. Ale kto przewidzi. Tu trzeba jasnowidza a ja takim nie jestem. W sumie nie chciałbym być. Niech ta zima się wreszcie skończy.
skomentuj | (0)
|
Trzydziesty ósmy. |
2010-02-07 | 20:21:30 |
Wydarzeniem dnia na pewno była walka Adamka z Estradą. Na dobrą sprawę dopiero dziś zadebiutował on w tej najciekawszej wadze, bo ta walka z Gołotą nie była godna miana "debiutu". Już mówią o kolejnych pojedynkach, chyba w kwietniu. Zobaczymy jak się te sprawy potoczą. Oglądałem pewien serwis informacyjny na pewnym popularnym kanale i wkurzyła mnie pewna nowina. Otóż narzekamy, że brakuje nam imigrantów. Mocno mnie to zdziwiło. A konkretnie zdziwił mnie tok myślenia niektórych osób, według których lepiej żeby do Polski napłynęla fala imigrantów, niż żeby nasi rodacy wracali do kraju. Rząd powinien robić wszystko by emigrantów do powrotu namawiać. A tymczasem wyliczono, że brakuje obecnie w Polsce 2 miliony rąk do pracy. Żenujące. Mam wyuczony zawód (informatyk), posiadam dyplom potwierdzający kwalifikacje zawodowe, niech dadzą mi jakąs pracę za pieniądze za które będę mógł się swobodnie utrzymać (i może w przyszłości rodzinę, którą mimo wszystko chciałbym założyć), żyć na pewnym poziomie a nie będzie już brakować dwóch milionów rąk do pracy, tylko będzie brakować milion dziewięćset dziewięćdziestąt dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt osiem rąk do pracy a dodatkowo Państwo zyska kolejnego zadowolonego obywatela. Tak trudno ?? Widocznie tak. Ale jeśli "pędzące króliki" i gra w golfa jest obecnie najważniejszym problemem sejmu i senatu to ja dziękuję bardzo za taki kraj. Mogę stać 20 m od monitora a i tak odróżnię kolorstykę i layout poszczególnych portali z ofertami pracy. Czy nie można by stworzyć jakiegoś centralnego (lub przynajmniej wojewódzkie) rejestru osób posiedających np. uprawnienia elektryka do iluśtam kV, czy informatyków, kucharzy... Ja bym to rozwiązał tak, że skoro dyplom jest przyznawany danej osobie, można by wysłać kserokopię lub odpis do takiego rejestru i w katalogu na dysku, który jest jednocześnie peselem takiej osoby, umieszczać informacje o nim i przekazywać te informacje firmom. Nie każdy przecież zna kilkadziesiąt portali z ofertami pracy luz zwyczajnie ma czas na ich wertowanie. To mogło by wypalić, pod warunkiem że zajęli by sie tym ludzie kompetentni. W przypadku gdy dana osoba jest aktualnie zatrudniona, do nazwy folderu na początku dodawało by się literkę Z. Trochę ciężko to ogarnąć, lecz sztab ludzi mógłby temu sprostać. Może kiedyś ktoś pójdzie po rozum do głowy i zamiast wydawać kilkaset tysięcy złotych na dyskietki 1,44 " (których zapewne już i tak nikt nie używa) dla ZUS-u, opracuje taki rejestr osób. Równowagi rynkowej nigdy nie będzie, ona istnieje tylko w teorii (gdy krzywa popytu krzyżuje się z krzywą podaży) lecz można by chociaż spróbowaćchoć raz zrobić coś pożytecznego, by już nigdy nie usłyszeć nowin że potrzebujemy imigrantów bo w Polsce brakuje rąk do pracy. Ja nic do imigrantów (poza romami) nie mam, ale wkurza mnie to, że mniejszości mają większe prawa niż większość i że ich bierze się najpierw pod uwagę w kwestii struktury zatrudnienia w Polsce. Jutro poniedziałek. Jak ja nie lubię poniedziałku.
skomentuj | (0)
|
Trzydziesty siódmy. |
2010-02-06 | 17:48:52 |
Dziś strasznie nie chce mi się pisać. Zresztą sam dzień był dość dziwny. Wczoraj było słonecznie i bardzo ciepło (przynajmniej w moim odczuciu), ale dziś już wszystko wróciło do "normy", to znaczy wiało, było pochmurno a z nosa ciekły gile jak z wodospadu Niagara. Rano wyszedłem na targ, kupić kilka rzeczy. Później miałem odwiedzić punkt Millenium, celem obstawienia meczów i udać się sparing mojej drużyny. Jednak sparing został odwołany a do domu wróciłem piechotą. W domu po ogrzaniu się herbatą zabrałem się za czyszczenie komputera. Rozgraciłem go tak, że śrobka na śrubce nie została. Odkurzyłem wiatraczki, wydmuchałem kurz z każdgo możliwego miejsca, po czym spokojnie i bez niepotrzebnego w takich sytuacjach pośpiechu złożyłem to swoje diabelstwo i uruchomiłem. I faktycznie, chodzi ciszej a Everest pokazuje o 3*C niższą temperaturę na procesorze i 2*C mniejszą na płycie :) Później jeszcze oczyściłem dysk ze zbędnych pierdół typu pliki prefetchingu oraz wszelakie temp'y, ciasteczka i inne śmieci. Po obiedzie zajrzałem do babci i dałem się namówić na kuszącą propozycję zrobienia jej zakupów w Galerii. Spotkałem tam znajomego z zamierzchłych czasów gimnazjum i żeby uczcić to nieoczekiwane spotkanie, poszliśmy na kebaba :) U babci posiedziałem do 17 i wróciłem do domu. Całkiem zapomniałem o skokach, ale w sumie tylko jeden nasz zawodnik występował, reszta skoczków już w Kanadzie. Dzień był dziwny ale dotarły też do mnie pewne pozytywne informacje. Jutro oczekuje podobnych albo nawet jeszcze lepszych :)
skomentuj | (0)
|
Trzydziesty szósty. |
2010-02-05 | 19:20:25 |
Wczoraj wieczorem, gdy kończyłem jeść kanapkę, mama poprosiła mnie o załatwienie jej kilku spraw dniu dzisiejszym. Oczywiście rano jak tylko zjadłem śniadanie, zabrałem się za to. Topografia mojego miasta sprawiła, że żeby wszystkie sprawy załatwić, musiałem dość sporo się nachodzić. Ale nie powiem, żebym jakoś specjalnie z tego tytułu narzekał. Ogólnie rzecz biorąc zdrowo się dotleniłem. Zresztą pogoda sprzyjała takim wycieczkom. Chciałem jednak zdążyć na 14, bo miała być w Internecie transmitowana debata Premiera oraz Internautów. Sama transmisja nie przerywała, o ile obraz na pewno w jakości HD nie był, o tyle dźwięk był dobry. Społeczność Internautów jest mocno zaniepokojona ustawą, która jeszcze nie weszła w życie. Mówiąc Internautów nie mam tu na myśli ludzi, którzy potrafią tylko grać w głupoty online i siedzieć na NaSzEj^Kl@siE. Dla nich to wszystko jedno w sumie. Internauci przez duże "I" uważają że ustawa ta w znaczący sposób ogranicza wolność słowa oraz swobodę kozystania z Internetu. Pomijając fakt, że od stycznia jesteśmy coraz mocniej inwigilowani. Czasem odnosze wrażenie że pisząc taki pamiętnik też narażam się na inwigilację i muszę mimo wszystko uważać na to, co piszę. Debata może przynieśc jakieś skutki, jeśli rząd nie schowa głowy w piasek. Miałem wrażenie że Premier zbyt kurczowo trzymał się tej ustawy a chęć weryfikacji i modyfikacji jej treści była troszkę wymuszona sytuacją. Na pewno wyglądało to poważniej niż sławna debata o problemach polskiego futbolu. O ile dziś padały dośc konkretne pytania, o tyle wtedy to była istna parodia. Kolega zaprosił kolegę i wszyscy głośnym chórem pieprzyli "że problem jest i nie ma na razie rozwiązania". Ta pseudo-debata o polskim futbolu trwała prawie 2 godziny, a w tym czasie nie padło żadne konkretne pytanie. Przepraszam bardzo, mamy XXI wiek, można w 2 godziny napisac stronęktóra posłuży jako materiał pomocniczy dla takiej debaty. Pytania powinny być zadawane przez Internautów. Oczywiście jakaś moderacja powinna mieć miejsce, żeby półmózgie trolle i ćwierćmózgowi napinacze nie mogli popisać się jakąs głupotą, ale odniosłem wrażenie że bali się konkretnych pytań. Kilka tyłków przyspawanych do wygodnych stołków, totalna olewka, robienie z Kibiców terrorystów, kompromitowanie kraju na arenie międzynarodowej... Ale to właśnie nasza Polska. Często to powtarzam, moje uczucia w stosunku do tego kraju pełne są skrajności. Z jednej strony wielbię te 312 tyś km 2, ale z drugiej strony nienawidzę z całej siły tej brudnej, skorumpowanej i stoczonej biurokracją krainy. Nigdy nie mogę się określić co do uczuć żywionych do Polski. Z jednej strony to tu gra Orkiestra będąca największym tego typu przedsięwzięciem na świecie; tu mieszkają najlepsi programiści na świecie. Ale z drugiej strony ten kraj jest ojczyzną moherowych beretów i całego tego ciemnogrodu; tu nic nie działa jak potrzeba; tu ciężko o pracę, a tylko najwytrwalsi wyjdą na swoje z własnym biznesie. Czasem ciężko wytrzymać słuchając wiadomości. Czarę goryczy przelewają komisje śledcze, kwintesencja kompromitacji polityków w oczach wyborców. Tych wyborców, z podatku których utrzymywana jest ta cała polityczna machina. Jeśli to działanie mające na celu odwrócenie uwagi od tych naprawdę ważnych wydarzeń to drodzy politycy, słabo wam idzie :) Dług publiczny Polski rośnie w tempie ok 2,5 tyś zł na sekundę. Tu trzeba działać i nie podniecać się 3 lata "zieloną wysepką". Ale komu ja to mówię. Żaden polityk tego nie przeczyta. Jutro znów idę na żywioł, mam zamiar ostro zagrać w zakłady bukmacherskie. Dziś ponad 2 godziny kombinowałem nad wyborem meczów. Potrzebuję pilnie dużej gotówki. Niby na papierze wszystko to wygląda dość prawdopodobnie, ale w gruncie rzeczy ciężko z tymi meczami trafić. Może teraz się uda :)
skomentuj | (0)
|
Trzydziesty piąty. |
2010-02-04 | 20:13:23 |
Właściwa rocznica pewnego wydarzenia wypada akurat dziś, jednak wcale nie myślałem o tym w ciągu dnia. Chyba na prawdę zostawiłem przeszłość za sobą. O ile wczoraj miałem pewne wątpliwości co do tego, to dziś już chyba nie mam ich wcale. Jestem zadowolony z siebie. W ogóle dzień rozpoczął się bólem głowy. W nocy ledwo co spałem, w dodatku rano starałem się usnąć na siłe, lecz mi nie wyszło. Z samego rana poszedłem na targ, później do urzędu pracy a na końcu do galerii. Chciałem znaleźc pewną herbatę, ale nie udało mi się jej znaleźć. Przed 10 wyszedłem do fryzjera. Chyba podświadomie wiedziałem, że czeka mnie długie siedzenie w oczekiwaniu na swoją kolej. I faktycznie tak było, jednak spotkałem koleżankę jeszcze z czasów podstawówki, więc siła rzeczy to czekanie umilone zostało rozmową. W końcu po kilkunastu minutach mogłem usiąść w fotelu. Tradycyjnie obciąłem się dość krótko. A przecież kilka lat temu chciałem mieć długie włosy. W sumie jak teraz o tym myślę to wizerunek siebie w długich włosach przyprawia mnie o uśmiech. Po uregulowaniu włosowej sprawy, poszedłem do sklepu z klubowymi gadżetami i nabyłem dwa kalendarze. Te, które wisiały nad moim biurkiem były już stare (zeszłoroczne) więc postanowiłem odmienić coś w pokoju i zakupiłem obie dostępne wersje. W drodze powrotnej zakupiłem też kartę za 50 zł. Jak się później, opłaciło się doładować się dziś, bo wrócone zostało mi 23 zł z konta, które nominalnie wczoraj straciło ważność. Sprzątnąłem pokój i w międzyczasie napisał kolega z zapytaniem czy idziemy gdzies się przejść. Jako, że zawsze byłem chętny na takie wypady (byle daleko i jak najdłużej poza domem), odpisałem że oczywiście idę. Te kilka godzin minęło szybko. Mogłem wreszcie poczuć się swobodnie. Wiedziałem że nie wyśmieje mnie, gdy mówiłem o swoich odczuciach. Śmiechem wybuchliśmy tylko wtedy gdy opowiadałem swój dzisiejszy sen. Wieczór spędze tu. Niby ściągam jakiś film katastroficzny, ale nie idzie. W sumie chciałbym go obejrzeć. Jutro znów odwiedzę kilka miejsc. Lubie piątki.
skomentuj | (0)
|
Trzydziesty czwarty. |
2010-02-03 | 19:24:29 |
Miałem rację mówiąc że pewne sprawy zostawiłem już za sobą. Może nie całkowicie, ale w porównaniu z zeszłym rokiem, tegoroczny "trzeci luty" był o niebo lepszy. Tak na prawdę pomyślałem o tym dopiero teraz gdy postanowiłem napisać że już o tym zapominam. Dobrze się dzieje. Jednak nadal uważam, że niepotrzebnie tak to wszystko rozpamiętywałem. Ale ja inaczej nie potrafię. Pamięć mam po prostu za dobrą. Często w głowie tkwią mi najdrobniejsze szczegóły. Spotykam bliską osobę a po 9 miesiącach pamiętam jaką miała wtedy fryzurę, co jadłem w restauracji albo gdzie siedziałem w autobusie w drodze powrotnej. Skoro takie detale nie umykają mojej pamięci, to jak mógłbym zapomnieć o takim wydarzeniu jak tamto sprzed 3 lat ?? Obudził mnie telefon o 6:20. Nastawiłem sobie budzenie na tę godzinę. Chciałem jak najszybciej wyjść z łóżka by przyzwyczaić się do zimna panującego w pokoju. Pierwsza czynność to poranna toaleta. Później sklep i śniadanie. Około 9:10 zapukał do nas jakiś facet sprzedający ziemniaki. Postanowiliśmy wziąć 30 kg i po chwili zaniosłem worek ziemniaków z samochodu do piwnicy. Jutro sobie zrobię górę frytek :) Po tym wyszedłem do administracji po nową książeczkę na mieszkanie. Mama wyszła robić opłaty a ja miałem jeszcze pójśc do apteki i wykupić receptę dla wujka. Uzgodniłem że zrobię to w drodze powrotnej z meczu. Szło się koszmarnie, nie dośc że wiatr wiał prosto w oczy to do tego sypał śnieg. Oczywiście chodniki w 10 % zdatne do użytku. Mało brakowało a 2 razy bym się wywalił. Na meczu zmarzłem, najgorzej było z palcami u nóg. W drodze powrotnej wstąpiłem do apteki. Wykupiłem te recepty i wróciłem do domu. Zaniedbałem ostatnio czytanie biografii Freddy'ego, więc nadrobiłem zaległości. 4 godziny poświęcone na lekturę minęły mi dośc szybko. Miałem nie ogladać skoków, ale ostatecznie się zdecydowałem. Jutro po powrocie też pochłonę ze 2-3 rozdziały. Skoki niedawno się zakończyły. Wnerwia mnie ta niesamowita podnieta u komentatorów gdy nasz skoczek daleko skoczy. Ja rozumiem, cieszyć się trzeba bo oni nas reprezentują, ale są jakieś granice. Wszędzie czepiają się Małysza, a to w treningu mu nie poszło, a to w kwalifikacjach daleko. Umiaru trochę. To tylko człowiek. Nie jest maszyną do wygrywania. Jutro znów odwiedze kolejne miejsca. Może uda mi się coś załatwić.
skomentuj | (0)
|
Trzydziesty trzeci. |
2010-02-02 | 18:26:54 |
Ostatnimi czasy piszę coraz mniej. Nie jest to przejaw braku chęci do pisania. Po prostu często rozmyślam i gdybym chciał to wszystko opisywać, co dwa - trzy dni pisał bym te same zdania bo wciąz po głowie chodzą te same rzeczy. Wtedy już można by mówić o monotonii, rutynie. Nie chce by tak się stało, bo ostatnio właśnie pisanie pozwala mi wyzbyć się nadmiary negatywnych emocji. I jest to chyba jedyna sensowna droga wyrzucenia z siebie tego ciężaru w postaci myśli. Co prawda fizycznie nie ważą nic, ale nie muszą być ciężkie jak torba listonosza by istotnie stanowiły ciężar, były obciążeniem, niepotrzebnym balas(t)em. Dziś ważny dzień. Wujek po 9 dniach opuszcza szpital. Już wczoraj nie mówił nic, tylko "jutro już wychodzę". W sumie wcale mu się nie dziwię. Robię wszystkoby omijać szpital jak największym łukiem. Teraz gdy chodziłem go odwiedzać starałem się nie siedzieć tam za długo. Nawet gdy patrzę na budynek naszego szpitala, po plecach przechodzą mi ciarki. Kraty w oknach na najwyższym piętrze... Ale najpierw miałem odwiedzić urząd. Rano wstałem znów bardzo wcześnie. Po zjedzeniu śniadania i wykonania niezbędnych czynności czyszcząco-myjących udałem się oblodzonymi chodnikami w strone urzędu. Znów poszedłem tam tylko po to, żeby stwierdzić że nic dla mnie nie ma. I znów ta mina, zmarszczone czoło. Twarz pełna wyrzuty. Czy oni nie widzą co się tu dzieje ?? Nie robią nic by młodego tu zatrzymać. Ale spokojnie, już dobrze, teraz do babci, gdzie czeka na mnie mama. W międzyczasie zadzwoniuła z zapytaniem gdzie jestem. Byłem już niedaleko. Około 11:15 byliśmy już na sali i czekaliśmy na wypis. Ale coś długo niebyło go i tak siedzieliśmy do 12:40 kiedy to wreszcie przyszła osoba z wypisem, zwolnieniem, receptami... Wujek już rano z magazynu przyniósł swoje ubrania, więc był gotowy do wyjścia i tylko te papiery były potrzebne, bo po co drugi raz chodzić po wypis. Gdy już zeszliśmy na dół, wsiedliśmy do taksówki i pojechaliśmy do babci, Wujek tam zostanie kilka dni i dopiero wtedy wróci do siebie. Z trzustką nie ma żartów. Ostra dieta, zero procentów, zero fajek. Miałem jeszcze dzis obciąć włosy, ale w tym salonie gdzie zwykle chodzę, nie było już dziś możliwości bo oczywiście wszystkie terminy zajęte. Kazali przyjśc jutro. I tak tez zrobię. Teraz tak tu sobie siedzę i wypełniam byle czym czas. Oby tylko do 22 wytrzymać. Wtedy może coś w tv zobaczę. Na ulotce z tesco pełno artykułów reklamujących Dzień Chorych na Padaczkę. Serduszka, miśki i kupa innego badziewia. Co rok to samo. Krew człowieka zalewa. Tak między Bogiem a prawdą, to nawet chciał bym kiedyś dostać walentynkę. Chociaż z drugiej strony jeśli miał bym wybierać między kartką a takim duchowym przejawem uczucia skierowanego we mnie (;p), to bym już wolał tej kartki nie dostać. Fajnie by było raz w życiu chociaż usłyszeć że jest się dla kogoś kimś najważniejszym. Ale jak zwykle wymagam za dużo. Pewnie jeszcze przez długi czas będę pluc toxynami na walentynki. Jutro trzeci.
skomentuj | (1)
|
Trzydziesty drugi. |
2010-02-01 | 18:21:11 |
Budząc się rano, czułem się trochę tak, jak by to był Nowy Rok. Czułem się tak przez dłuższą chwilę, nawet gdy przekręcałem kalendarz w kuchni ze stycznia na luty. Ale Nadejście kolejnego roku lub miesiąca nie musi oznaczać nadejście przełomu. Chwili gdy momentalnie życie zmieni sie na lepsze lub spieprzy się do reszty. Ten poprzedni miesiąc minął dośc szybko. Były chwile radosne, ale przewagę stanowiły te nieco mniej wesołe. Nie użalam się, stwierdzam jedynie fakty. A jako realista pisze tak, jak jest. Gdyby cechował mnie optymizm lub pesymizm, popadał bym w skrajności, wychwalając pod niebiosa bądź równając z błotem te dni, które były. Źle się wczoraj czułem. Dziś tez czuje się nienajlepiej, ale co kolwiek to jest, przejdzie mi. Kuzyn choruje już 2 tydzień a tymczasem ja jakoś szczególnie nie narzekam na zdrowie. Narzekam na to, na co zwykle narzekam, a skoro mam jeszcze na to siłe, to znaczy że ze zdrowiem nie jest tak źle. Chyba to wina tych skoków ciśnienia. Miałem rano iść do wujka do szpitala, ale w końcu wybrałem się ok 13. Zwykle wybiera się ze mną mama, w końcu to jej brat. Jutro najprawdopodobniej wujek wyjdzie ze szpitala. Rano tam pojedziemy, pomogę przy odwożeniu wujka, na razie do babci osiedle dalej. Na codzień wujek mieszka na wsi, więc lepiej jak zostanie tu przez kilka dni. Miałem iśc do Millenium by obstawić jakieś mecze, ale nie miałem dziś na to nerwów. O ile te "codzienne" sprawy wkurzają, to takie zwykłe małe pierdółki po prostu wkurwiają. Siadając tu wieczorem staram się jakoś ukoić te nerwy. Potrzeby kontaktów z ludźmi zaspokajam GG. To miasto to bezludna wyspa. Kiedyś musi się to skończyć. Jutro chyba fryzjera odwiedzę. I pokręce się po mieście, może szczęście zamiast wypinając na mnie dupę, chociaż na chwilę stanie do mnie bokiem ?? Zapomniałem nawet jak wygląda z profilu :)
skomentuj | (2)
|
Trzydziesty pierwszy. |
2010-01-31 | 20:18:36 |
No i skończył się pierwszy miesiąc nowego roku. Rok ten już rozpoczął się na dobre, więc próżno wypatrywać osób rozpamiętujących sylwestra lub święta. Zresztą jeśli nie ma się za bardzo czego wspominać, to tym bardziej puszczamy to w niepamięć. Podobno znów ma być mroźno. Nie cieszy mnie to zbytnio. Taka temperatura jak dziś jest odpowiednia. Dziś cały dzień boli mnie głowa. Chyba to przez te skoki ciśnienia. Rano miałem iść do wujka, ale zdecydowałem, że pójdę po obiedzie. U niego coraz lepiej. Dziś już nawet dostał coś normalnego do jedzenia. Tzn. normalnego w sensie że nie jakieś kleiki, tylko ziemniaki. Wiadomo jakie jest szpitalne jedzenie, ale skoro lekarze zdecydowali, że już może jeść, to znaczy że jest znaczna poprawa. W tym tygodniu chyba wyjdzie. Ja bym jednak się z tym wyjściem nie spieszył, zresztą lekarze zadecydują. Po powrocie oglądałem na przemian skoki i mecz. Szkoda pierwszej połowy, bo w drugiej nasi ręczni lepiej zagrali. W skokach też nie po naszej myśli, ale musimy się przyzwyczaić, że te najlepsze lata w skokach już za nami. I później obejrzałem finał Pucharu Narodów Afryki. Mecz w pierwszej połowie był nudny, dopiero w drugiej cos się ruszyło. Egipt wygrał 1-0 i po raz 3. z rzędu zdobył Puchar. Mam jakiś film katastroficzny. Nowy, jeszcze ciepły, ale jakoś nie mam ochoty by go ogladać. Na nic dziś nie mam ochoty. Nawet na pisanie, trochę z obowiązku tu teraz jestem. A więc rozpoczynamy drugi miesiąc.
skomentuj | (0)
|
Trzydziesty. |
2010-01-30 | 18:29:21 |
Kolejny dzień miał być zdominowany przez sportowe emocje. Wstałem wcześnie i od razu zasiadłem do komputera. Postanowiłem kolejny raz spróbować szczęścia w zakładach bukmacherskich. Po śniadaniu wytypowałem sobie 7 meczów. Ale najpierw czekała mnie wizyta u wujka w szpitalu. Nie byłem u niego długo. Jutro na dłużej przed południem pójdziemy z mamą. Prosto ze szpitala poszedłem do Millenium, by obstawić mecze. Oczywiście nie ma mrozu więc na chodnikach papka. Śliska papka. W samym punkcie ludzi mnóstwo. Wszyscy gadali o naszym meczu z Chorwacją. Sam nie mogłem się go doczekać. Po obstawieniu za 5 zł, skierowałem się w stronę sztucznego boiska, gdzie moja drużyna miała zagrać pierwszy w przerwie zimowej kontrolny mecz. Było dośc wietrznie a z nieba sypało się coś śniegopodobnego. Piłkarze zagrali tak, by nie złapać kontuzji. Momentami było gorąco, ale ogólnie mecz był trochę statyczny. Wygrana 3-0, oby tak dalej. Jeśli będę mieć czas, w środę przyjdę na kolejny mecz. Zmarzłem porządnie więc do domu szedłem tak szybko jak się tylko dało. Akurat trafiłem na skoki. Kompletnie nie mogę ogarnąć tego nowego systemu punktowania. Punkty przyznawane w zależności od belki startowej, każdemu skoczkowi regulowali długość najazdu, odejmowali lub dodawali punkty za wiatr. Podsumuję to jednym słowem: głupota. Ale chyba się Hofferowi nudziło. Ciekawe ile zgarnęli kasy programiści piszący program zliczający średnią prędkośc wiatru i przekładającą wynik na punkty. Na pewno taki program musiał być napisany, bo przecież sędziowie nie siedzieli by z kalkulatorami i nie liczyli średniej z 5 punktów pomiaru prędkości wiatru. Sprawdziłem od razu wyniki meczów i jak nietrudno się domyślić poległem na początku. Derby County wygrało z Nottingham. A miałem nie bawić się w 2 ligę angielską. Nie wyciągam wniosków. Może następnym razem mi się poszczęści.
Po skokach przyszedł czas na mecz naszych ręcznych. Mimo porażki sądze że wstydu nam nie przynieśli. Jutro pewnie wywalczą brąz. Szkoda porażki, a najbardziej szkoda tych zgubionych w ataku piłek. To musimy jeszcze dopracować. Wkurwia mnie niesamowicie to, że gdy np. prowadzimy to wszyscy mówią że gramy super, ale gdy nagle przegrywamy to zaraz "dziady", "grać nie umią". Podejśc tylko do takiego i strzelić w pysk aż się obliże. Jesteś taki znawca to wyjdź na parkiet i lepiej zagraj / skocz / pojedź w wyścigu. Taka sportowa sobota bardzo mi się przydała, mimo że nie zawsze wyniki były po mojej myśli, ale przynajmniej skierowałem myśli na inny tor. Typowa sportowa złość. Podobnie będzie jutro. Dwa mecze w ręczną, skoki i finał Pucharu Narodów Afryki. Ale po niedzieli przyjdzie poniedziałek i znów będę gryźć się z własnymi myślami a kurwica zacznie mnie na nowo zjadać od środka.
skomentuj | (0)
|
Dwudziesty dziewiąty. |
2010-01-29 | 18:30:29 |
Nie ma chyba lepszego kanału do oglądania po 23 niż Discovery World. Kolejny raz leżąc w łóżku oglądałem sobie coś o seryjnych mordercach. Jakoś ciekawią mnie te programy. W przyszłości seryjnym mordercą raczej nie zostanę, zresztą zawsze widziałem siebie w jakiejś bardziej pożytecznej roli. Tak czy inaczej, na tym kanale zawsze znajdę coś ciekawego. Kiedyś sporo czytałem na ten temat. Była taka stronka, a nawet dwie. Tak, były dwie, teraz sobie je przypomniałem. Na jednej był podział na kontynenty a na drugiej seryjni mordercy byli ułożeni alfabetycznie według nazwisk. Swoją drogą tacy mają nieźle nasrane pod kopułą. Gorzej ode mnie nawet. Był taki jeden, któremu jakieś głosy podpowiadały żeby zabijał prostytutki. Później okrzyknięto go najgorszym seryjnym zabójcą Ameryki. Gary Ridgeway. Podobno jeszcze żyje w jakimś więzieniu (chyba w Colorado). Ale dla mnie najgorszy był Albert Fish. Był, bo już dawno nie żyje. Kiedys szukałem o nim jakiejś ksiązki. Psycholodzy tak byli "zafascynowani" jego osobą. Doczekał się chyba trzech książek na swój temat. Ja nie napisze autobiografi, przynajmniej teraz tak mówię. Ale gdybym napisał, pewnie krytyka by tego nie przepuściła. Musiałbym nieco ubarwić, bo było by to gorzej nudne niż wyścigi ślimaków. Dziś piątek, oprócz soboty mój ulubiony dzień tygodnia. Rano ok 7:10 wstałem nieco zaskoczony. Okazało się że prawie nie ma mrozu. Czym prędzej wyszedłem do Lidla po pączki. Zjadłem 4, tak samo jak wczoraj. Posmakowały mi. To nadzienie jest chyba malinowe albo różane, w każdym razie 4 pączki zjadłem w 15 minut. Później chciałem kilka rzeczy sprawdzić w Internecie. Po sprawdzeniu kilku rzeczy w Internecie właczyłem sobie Google Earth i jeździłem sobie po Tokyo. Fajny program. Ma tylko jedną wadę, mapa. Co jakiś czas robi aktualizacje i teraz sama mapka zajmuje 1,4 GB. Wkurza mnie też to, że program niby mam zainstalowany na "D" (osobna partycja na Programy) a mapka i tak ładowana jest na "C". Trzeba będzie go przepartycjonować i zrobić format. Na wielkanoc to zrobię, ale już teraz wiem że cholernie mi się nie będzie chciało. Wyszedłem ok 9:50. Najpierw zanieść napisane wczoraj podanie do telepunktu na rynek. I tak jak się spodziewałem, miła pani zaczęła mnie przekonywać że rezygnacja z telefonu stacjonarnego jest moim największym w życiu błędem i zapewne będzie kosztować miliony ludzkich istnień. Ale szybko sprowadziłem ją spowrotem na Ziemię. Kulturalnie lecz stanowczo powiedziałem że mam dośc telefonów od firm, które zapraszają mnie na pokaz jakiejś pościeli, wody w prosku czy innego badziewia. Ale pani nadal nie poprzestawała w przekonywaniu mnie żetelefon stacjonarny to jednak luksus. Nieco się uspokoiła jak powiedziałem, że w zamian chcę mamie kupić telefon w Orange. Jeszcze troche a by gruchnęła przede mną na kolana albo zaczęła się biczować...I tak z telefonem tym zostaniemy do końca lutego. A mówiłem żeby wcześnie sprawę załatwić.
Jak nie mróz to ciapa. Gdy szedłem do wujka do szpitala, były już 3 stopnie ciepła. Po drodze kupiłem mu 2 gazety, trochę krzyżówek, a niech się nie nudzi. Trafiłem akurat na moment, gdy miał byc przenoszony na "normalną salę", pomogłem trochę a później to już gadaliśmy tylko o piłce ręcznej, skokach i pierońskiej zimie. Tematu polityki nie pruszaliśmy. "Bo jeszcze obaj na intensywną trafimy :)" W drodze do domu kupiłem sobie w jakimś sklepiku pizzę taką za 3,50 zł do odgrzania. Odgrzałem oczywiście i nawet niezła była. Na 14:00 miałem iść do tej kobiety zobaczyć co z komputerem. Na miejscu okazało się że nie ma co naprawiać. W mostku północnym aż wypalona dziura... Kobieta wyraźnie zakłopotana, bo jak by nie patrzeć, trzeba nową płytę główną kupić. Nie zeszło mi tam dłużej niż 5 min. Nawet nie przestało mi z nosa lecieć. Oczywiście nic nie zarobiłem bo tylko zdiagnozowałem to co oczywiste. Wkurzyłem się bo teraz gotówka jest mi potrzebna bardziej niz zwykle. Gdy tak sobie szedłem do domu i kląłem pod nosem, spotkałem kumpla. Namawiał na piwo ale z tego wszystkiego nie miałem ochoty. Zjadłem w domu obiad i siadłem przed TV. Cholerny dzień. Weekend tez zapowiada się wybornie.
skomentuj | (0)
|
Dwudziesty ósmy. |
2010-01-28 | 18:25:14 |
Gdy o 6:20 budziłem się rano, robiłem wszystko by tylko nie wyglądać za okno. Ale po podniesieniu rolet ujrzałem ten straszny widok. Nie chodzi mi o ten śnieg, zawieję, tylko o ten sam widok. Mija 20,5 roku jak tu mieszkam. Z każdym dniem mam tego miejsca coraz bardziej dość. Wyszedłem kupić sobie coś na śniadanie. Robię to celowo, staram się robić jak najwięcej. Dziś postanowiłem sobie tłusty czwartek zrobić. Są takie pączki pakowane po 2 sztuki w takich plastikowych przezroczystych opakowaniach. Zjadłem 4 pączki. Wiedziałem że dziś troszkę musze pokrążyć po mieście. Z jednej stroony to dobrze bo czas szybciej płynie i jest szansa bym coś załatwił, ale z drugiej pogoda. Na szczęście mniejsze już mrozy niż na początku tygodnia, ale mocny wiatr potęguje uczucie chłodu. Podładowałem telefon wujka. Najpierw wyszedłem do urzędu Pracy. Tam popatrzyłem na oferty pracy, stażów. Ale nic nie ma dla mnie... Gdy już wychodziłem, zadzwoniłem do tej osoby w sprawie naprawy komputera. Mam tam być jutro na 14:00. Może wpadnie trochę gotówki. Przyda się, szczególnie teraz. Wróciłem do domu napić się czegos ciepłego i poszedłem do wujka do szpitala. Od razu zaniosłem mu telefon. Wcześniej chciał by sprawdzić czy ma coś na koncie. Ma jeszcze sporo. Lekarze mówią że może już jutro przeniesiony zostanie na normalną salę, bo teraz leży na takiej "obserwacyjnej". Tyle dobrego, że stan jego zdrowia mu się poprawia. W drodze powrotnej odwiedziłem babcię. Przy okazji przyniosłem jej coś tam z piwnicy i odkurzyłem w pokoju. Przy okazji wypiliśmy gorące cappuchino. Jakoś nie chciało mi się wracać do domu. Ale przecież babcia też trochę spokoju potrzebuje. Sam ze sobą ledwo wytrzymuję to co dopiero powiedzieć ma osoba przed 70-tką :) W domu zrobiłem sobie górę frytek a po zjedzeniu posprzątałem sobie pokój. Niewyobrażalne ilości piachu i innego cholerstwa niosą się do domu w zimę. Przeleciałem półki i podłogę. Później miałem napisać podanie o rozwiązanie umowy z TPSA na telefon stacjonarny. Pisałem to pieprzone podanie z największą przyjemnością. Używam mniej lub bardziej brutalnej persfazji słownej by rodzice wreszcie zlikwidowali ten gówniany telefon. Zresztą ostatnio coraz więcej przemawiało za tym, by go zlikwidować. Podobno jest coś takiego jak ustawa o ochronie danych osobowych. Niestety wydzwaniają jakies firmy i zapraszają na pokazy medycyny naturalnej, ekologicznej pościeli. Swego czasy często dzwoniła Netia, Dialog, TELE2, chcieli bym przeszedł na ich łącza. Raz nawet jakaś baba przeprowadzała ankietę na temat "czy dzieci powinno się uświadamiać o śmierci". To wkurwiające. I dlatego padła decyzja o likwidacji tego zbędnego telefonu. Jutro chce iść zanieść to podanie. Jak znam życie, będą do mnie dzwonić po 10 razy dziennie i przekonywać że bardzo źle robię rezygnując z telefonu stacjonarnego. Ale ja powiem że właśnie takie telefony jak ten utwierdzają mnie jeszcze bardziej w przekonaniu, że robię dobrze. Niech zabierają sobie ten telefon w cholerę. Powinienem teraz ogladać półfinały Pucharu Narodów Afryki. Ale jakoś nie mogę usiedzieć przed TV. W niedzielę finał, więc ten obejrze na pewno. Dopiero po 20:30 obejrze mecz naszych ręcznych z Francją. Ciężko będzie, w końcu Francja to mistrzowie, ale i tak mamy pewne półfinały, które będą w sobotę. Dziś jakoś nie rozmyślałem nad tym co zwykle. Chyba siła rzeczy zacznę teraz, bo sobie o tym przypomniałem pisząc to zdanie. Gdybym mógł czas cofnąć i zacząć wszystko od początku.
skomentuj | (2)
|
Dwudziesty siódmy. |
2010-01-27 | 18:51:52 |
Wydawać by się mogło, że gdy ktoś widzi szczęśliwych ludzi sam robi się szczęśliwszy. Gówno. Będąc przez 23 lata niczym więcej jak tylko egzotycznym dodatkiem do czyjegoś życia musiałem znosić takie widoki. Nie wiem jak dokładnie to nazwać. Chyba to jakiś specyficzny rodzaj egoizmu. Gdyby co kolwiek mi się zaczęlo w życiu układać, chętnie bym patrzył na szczęście innych. Ale póki sam go nie zaznam będę świadomie uciekać przed wszelkimi jego objawami.Dawno temu wyłaczyłem wyświetlanie cudzych statusów w tlenie. Jest to szczególnie przydatne zwłaszcza teraz, gdy zbliżają się te pierdolone walentynki. Jakiś idiota wymyślił to tylko po to, żeby jeszcze bardziej dopierdolić ludziom samotnym. Na szczęście powoli wykształcam w sobie umiejętność ignorowania takich niepożądanych zjawisk. Dziś mam taki dzień. Taki fajny dzień. Wszystko mnie wkurwia. Począwszy od samego rana gdy piętro wyżej o 6:20 rozległo się donośne stukanie młotkiem. Później śniadanie i wyjście po zakupy. Gdy wróciłem, chciałem sprawdzić coś w Internecie, ale oczywiście modem zaczął pokazywać "pazurki", ale opanowałem to jakoś. Wpadł kumpel bo trzymałem jakieś jego piosenki na dysku. Przy okazji wpadła na chwilę do mnie jego dziewczyna i tak sobie siedzieli. To jeszcze bardziej dokręciło mi śrubę. Po obiedzie wyszedłem do wujka do szpitala. Dziś już było z nim lepiej, ale jeszcze z tydzień pewnie poleży w szpitalu. Po powrocie do domu znów wszystko zaczęło mnie wkurzać. I jest tak do tej pory. Starzy zaczęli wymyślac jakieś teorie spiskowe dotyczące mojego złego nastroju. Nie wiem po co to robili, w każdym razie dołożyli kolejną "cegiełkę". Nawet nie wiem co dalej mam tu pisać. Wkurwia mnie świat, wkurwia mnie moje otoczenie i ja sam siebie wkurwiam. Utknąłem ze sobą na dobre. Mam czasem chęć wyjść z siebie i kopnąć się w dupę, odwrócić się i pójść byle daleko od siebie samego. W miejsce, gdzie wreszcie usłyszę że ktoś za mną tęskni, że potrzebuje. Ale wiem że nie mogę tego zrobić. Bardzo chce zmian i robię coś w tym kierunku. Nie stoję w miejscu, wciąż kombinuję i tylko motywuje mnie myśl, że to kiedyś coś da. Jutro wreszcie coś się będzie dziać. Mam skontaktować się z osobą, której kiedyś naprawiałem komputer. Coś się stało znów i może wpadnie dodatkowa gotówka. W dodatku chcę znów odwiedzić wujka, urząd i babcię. Cieszę się tylko że ten pieprzony dzień wreszcie się kończy.
skomentuj | (1)
|
Dwudziesty szósty. |
2010-01-26 | 22:09:09 |
Wczoraj gdy zasiadałem do pisania lekko się zaniepokoiłem. Okazało się że był jakiś problem z zegarem, który miałem na swojej głównej. Gdy chciałem dostać się na główną stronę, przekierowywało mnie na jakąś dziwną witrynę, ale dało sie wyczytać że to coś związane z tymże zegarem. Więc wszedłem w konfigurację i z kodu źródłowego usunąłem zegar. Zresztą avatar i kilka linków do moich odwiedzanych stron też usunąłem. Wydaje mi się że to zbędne, zresztą kogo interesują strony, które odwiedzam. Sam się nawet dziwię że ktoś to czyta. Co może być takiego niezwykłego w życiu zwykłego szarego człowieka. Nadrobiłem senne zaległości. Tak się złożyło, że wczoraj dość wcześnie wyłączyłem komputer. Postanowiłem wziąć gorącą kąpiel i iść spać. Przy okazji śledziłem nieobecnym juz wzrokiem mecz Zambia - Nigeria. Ustawiłem telewizor na timer i słuchałem pod koniec meczu jak transmisji z radia, gdyż tylko słyszałem, oczy już miałem zamknięte. Dopiero dziś rano obejrzałem dogrywkę i karne w tym meczu. W ogóle dzień się zaczął wcześnie i dziwnie. Niespodziewanie został naprawiony kran w kuchni. Nie powiem żebym się z tego nie cieszył, bo się faktycznie cieszę, ale też i się dziwię. Po śniedaniu wyszedłem do wujka. Przed wyjściem odpowiednio się ubrałem. W zasadzie było mi widać tylko oczy, gdyz większą część twarzy zakrywał mi szalik. To na prawdę działa. Nie jest zimno w nos, w dodatku gile mniejsze... W szpitalu długo nie usiedziałem. Nigdy nie moge tam wysiedzieć długo, zaraz dostaję ataków duszności. I nie ważne, jaka to pora roku. Zawsze w szpitalu dostaję duszności. Gdybym ja musiał tam leżeć, zapewne po dwóch dniach bym albo uciekł, albo... Cóż, w roli golibrody spisałem się nieźle. Wujek potrzebował golenia a że sam jest jeszcze mocno osłabiony to ja go wyręczyłem. Dałem mu tez swoją jedną koszulkę na zmianę. W drodze powrotnej odwiedziłem babcię. Przy okazji uszczelniłem jej okno. Niby okna wymienione na plastiki, a w pewnych miejscach między tą gumową uszczelką a futryną była dośc spora luka i przez nią dostawało się zimne powietrze. Wziąłem więc papierowe ręczniki, nóż i zwyczajnie zapchałem tę lukę. Po południu przyszedł kumpel. Najpierw sprawdziliśmy czy jego dysk w ogóle działa a dopiero później poszliśmy do niego złozyć w całośc jego komputer. Dziś dostał przesyłkę. Przy okazji wypróbowaliśmy jakieś piwo z Lidla, nawet niezłe. Piast się nazywa. Zainstalował sobie "Windows 7". System wyglada dośc fajnie i kusi mnie by się na niego przenieść. Jednak nie wiem jak tam z wersjami uzywanych przeze mnie programów. Podobno tlen w wesji na "sevenkę" jest mocno niestabilny a instalować GG ?? No jeszcze aż tak mnie nie pojebało... Cóż, pomyślę. Sam wygląd systemu też dla mnie dużo znaczy. Gdy coś mam nie takie jak chcę, momentalnie chcę to zmienić. Wszystko mam dobierane kolorami i nie wyobrażam sobie jakiegoś niebieskiego standardowego stylu w "Windows 7". Mróz nadal nie odpuszcza. Ale pocieszeniem jest fakt że dziś u mnie było tylko -17 *C. Takie sa uroki naszego klimatu. Zima mroźna, ludziom prądu brakuje, zatory lodowe, paliwo zamarza w samochodach itd. Na wiosnę znowu powodzie. W lato oczywiście upały i nawałnice a jesienią powodzie, ataki zimy i wichury. Każda pora roku jest więc atrakcyjna. Nasi ręczni wygrali koleny mecz. I tym sposobem mamy już pewny półfinał. Czwartkowy mecz z Francją jest tylko formalnością. Ciekawe czy wywalczymy medal. Stać nas na to, chociaż czasem nam się zdarzają szkolne błędy. Ale nikt nie jest doskonały. Jednak przynajmniej nasi ręczni nam wstydu nie przynoszą. Oby tak dalej !! A jutro środa.
skomentuj | (0)
|
Dwudziesty czwarty, Dwudziesty piąty. |
2010-01-25 | 18:40:20 |
Pierwszy ale pewnie nie ostatni raz zdarza się żebym nie miał możliwości zajrzenia do swojego małego skrawka Internetu. Jeśli mam być do końca szczery, chciałbym by w przyszłości takie sytuacje zdarzały się częsciej (to znaczy by powód nieobecności był podobny). Ostatnio moja kondycja psychiczna nie była najlepsza. Dwudziesty trzeci był dniem chyba najlepiej to oddającym. Szczególnie przed południem, dopadła mnie nagła fala dekadenckiego nastroju. Koniecznie chciałem się do kogoś odezwać, lecz nie było takiej możliwości. Nie jadłem obiadu, dopiero na wieczór zjadłem obfitą obiado-kolację. Po południu miał przyjśc kumple, z którym mieliśmy trochę pogrzebać w komputerach, ale cos tam mu wypadło i nie mógł przyjść. Dobiło, koniecznie chciałem z kimś zamienić kilka słów. Ale jak zwykle prosze o zbyt wiele. Wiedziałem że ta nieobecność wyjdzie mi na dobre i tak było. Podobnie jak w przypadku innych tego typu wyjazdów, zawsze w głowie tłukła się mysl, że tak właśnie powinno życie wyglądać. Wsiadając do autobusu przenoszę się w inny wymiar, jak gdyby na trochę staję się kimś innym, mimo że wciąz nie mogę się uwolnić od mojego szarego, nudnego "ja". Tak się składa że akurat był to najzimniejszy weekend tej zimy i zimna temperatura dała się mocno we znaki. Jednak i tak sie cieszyłem że mam okazję tak spędzić czas. W końcu tak wygląda normalne życie a nie pustelniczy żywot. Wsiadając dziś o 6:25 rano do autobusu miałem mieszane uczucia. Z jednej strony cieszyłem się że mogę się ogrzać, że wkrótce pewnie wypiję w domu coś ciepłego, chwilkę poleże w łóżku, ale zdrugiej strony wiedziałem że wracam właśnie TAM. Do miejsca z którego wciąz staram się uciekać, nie tylko myślami. Wyjeżdżając ze stolicy z niewiadomego powodu 10 minut staliśmy na Aleji Krakowskiej. "Żeby tylko się nie zepsuł, żeby tylko się nie zepsuł". Ale wreszcie ruszył i mogłem w spokoju posłuchać muzyki i przyciąć komara. Siedziałem z tyłu, z dala od ludzi, gdyby ktoś siedział obok mnie miał byniezły ubaw. Otóż siedzenie za wygodnie nie byłowięc starałem się siedząc prosto delikatnie sobie drzemać, jednak co chwila moja głowa opadała do przodu pod własnym ciężarem. Gdy już dojeżdżałem do miasta w głowie miałem tylko herbatę z miodem, łóżko i kołdrę. Ale zbyt różowo by to wszystko wyglądało, więc na sam początek zadzwonił telefon. Okazało się że wujek, który mieszka niedaleko miasta trafił wczoraj do szpitala ze stanem zapalnym trzustki. Jutro jadę go odwiedzić. W domu jak to w domu. Bob Budowniczy piętro wyżej doskonalił się w rzemiośle. W rezultacie wielki ch*j wyszedł z mojego spania i teraz walczę z mocnym bólem głowy. Walkę wygrywammimo że nie używam "dopingu". Sportowo skoncentruję się teraz na Pucharze Narodów Afryki. Troche tę imprezę zaniedbałem, ale teraz półfinały za pasem, więc będę ogladać wszystkie mecze po 20:00. No i nasi ręczni, wczoraj Hiszpanów pokonali, jutro gramy z Czechami. Jutro pewnie kumpel zadzwoni. Spalił mu się ostatnio komputer i prawdopodobnie jutro dostanie nowe części i we dwóch tę maszynerię złozymy. No i oczywiście pójde do wujka do szpitala. Wyglada na to, że my się nim bardziej interesujemy niż jego własna żona. Nie ogarniam niektórych ludzi... Jutro będzie ciekawy dzień.
skomentuj | (1)
|
Dwudziesty trzeci. |
2010-01-23 | 11:13:33 |
Z czasem ten blog może stać się zbyt osobisty. Wbrew pozorom, chcę pewne rzeczy zachować dla siebie. Chyba każdy tak ma. Gdy w głowie tłoczy się zbyt dużo myśli, człowiek instynktownie szuka dla nich ujścia. Ja tak robię. Rytualnie spłonął przed maturami mój pamiętnik. Do tej pory go pamiętam, 68 kartek A5 zapisanych drobnym maczkiem. Czyli znaczna część 96 kartkowego zeszytu. Teraz już sam nie wiem czy to był pamiętnik, czy może skrupulatnie pisana autobiografia ?? Niebieska twarda oprawka, czarne kratki ze zbyt grubym marginesem, na który zawsze właziłem pisząc. Pisałem inaczej niż teraz. Zdarzało mi się pisać o sobie w czasie przeszłym. Wtedy świat dla mnie się kończył. Z czasem stwierdziłem że to głupie, co myslałm, robiłem. I teraz jestem jeszcze bardziej w tym utwierdzony. Chce mi się śmiać z samego siebie, ze swojej głupoty. Bo to była głupota. Na szczęście teraz jest inaczej. Chociaż kto wie jak potoczyły by się moje losy, gdyby tamte wydarzenia nigdy nie miały miejsca. Ale miały i czasu nie cofnę, choć bym bardzo chciał. Wiele rzeczy bym zmienił. Ale życie toczy się dalej i moja w tym głowa by było jak najlepsze. Pisałem to ponad 1,5 godziny...
skomentuj | (0)
|
Dwudziesty drugi. |
2010-01-22 | 19:03:40 |
Leżałem sobie wczoraj o 23:15 przed TV i oglądałem program o seryjnych mordercach gdy nagle dostałem sma od kumpla. Spalił mu się komputer i pytał czy może do mnie przyjść przed południem dziś i coś sobie wyszukać. Zaskoczyło mnie to, tymbardziej że niemal równe dwa lata temu stało mu się dokładnie to samo. No chyba nie ma nic "lepszego" niż taki nagły przypadek. Sam kiedyś miałem poważny problem z komputerem. Chciałem go 2 lata temu wyczyścić z kurzu na wielkanoc. Akurat był już dośc zabrudzony i oczywiście sobie z tym poradziłem. Ale problem nastąpił, gdy chciałem zamontować spowrotem chłodzenie procesora. Tak się składa że na mojej płycie (ASRock, stary już socket 775) jest dośc głupie rozwiązanie montażu chłodzenia. W płytę główną należy wcisnąć takie 4 bolce, wtedy następuje ich blokada i chłodzenie jest zamontowane prawidłowo. Ja nie chciałem się mocować z tym więc zamiast siła, działałem sposobem, lecz przynosiło to marne efekty. Gdy wreszcie wydawało mi się że zamontowałem to chłodzenie prawidłowo - okazało się że musiałem je lekko naruszyć przy wkładaniu płyty do obudowy. Powietrze dostawało się między radiator a procesor i komputer się zawieszał. Ostatecznie poradziłem sobie z tym ale byłem w niezłym strachu. Rano wstałem wcześnie. Gdy byłem już po śniadaniu wymieniłem się kilkoma smsami i ogarnąłem troszkę pokój przed wizytą kumpla. Oczywiście pomogłem mu, nieraz pomagał mi w trudnych chwilach. Poszukiwania stały się owocne, znaleźliśmy wspólnymi siłami płytę główną, procesor i pamięć RAM. Zamówił, ma być we wtorek i wtedy te flaki złozymy w logiczną całość. Jutro jeszcze ma przyjść po południu i upewnić się że jego dysk twardy jest cały i zdrowy. Sprawdzimy go w moim komputerze. Poszedł około 12. Ja w tym czasie czekałem na skoki, dziś był pierwszy konkurs w Zakopanem. Wieczorem jest jeszcze mecz piłkarzy ręcznych, ale nie wiem czy obejrzę. Ostatnio wieczory spędzam wciąż tu. Nie jest tak, jak na przykład w grudniu czy listopadzie, gdy starałem się jak najmniej wieczorów spędzać przed monitorem. Teraz zwyczajnie nie mam lepszego wyjścia, jeśli chodzi o wieczór. Chyba lepiej dla mnie pogadac z ludźmi przez to pieprzone gadu gadu niż wlepiac gały w beznadziejne reklamy i jeszcze bardziej beznadziejne filmy serwowane nam przez telewizję. Dziś chcę jeszcze dla kolegi mojego ojca stworzyć mały poradnik odnośnie testu prędkości łącza. Da się to zrobić przez stronę internetową, ale musze napisać, jaki powinien być download dla 8 Mbps, ewentualny margines błędu i co kliknąć by rozpocząć test. Ciekawe czy gdybym urodził się w latach 60-tych, też miał bym problem ze spamiętaniem tych bitów, bajtów. Dla mnie wydaje się to banalne, ale starszym ludziom sprawia to nie mały problem. Coraz bardziej krzywym spojrzeniem patrzę na swoje otoczenie, na świat. Szczególnie sfera uczuciowa wydaje się dla mnie czymś nowym, niezbadanym. Bo i skąd mam to znać ?? No tak, trochę z TV, ale taką wiedze można o kant dupy potłuc. Czemu to wszystko nie jest uproszczone ?? Ile kłopotów by sobie ludzie zaoszczędzili, gdyby akurat ta sfera życia była schematyczna. Może było by gorzej, ale z drugiej strony, wielu ludzi by to uszczęśliwiło. Wydaje mi się że miłość jest tylko po to, żeby oprócz wojen, chorób i klęsk żywiołowych ludzie mieli przez co cierpieć. W tej sferze życia każdy powinien mieć takie same szanse by odnaleźć szczęście. W tych całych rozmyślaniach cieszę się tylko z tego że coraz dalej ode mnie są pewne złe wspomnienia właśnie z tą całą sferą uczuciową związane. Marne pocieszenie, ale zawsze pocieszenie.
skomentuj | (0)
|
Dwudziesty pierwszy. |
2010-01-21 | 18:41:37 |
Od samego rana trzęsę się z zimna. Znów miałem jakieś idiotyczne sny. Śniło mi się że zwiedzaliśmy z grupą jakiś szpital i wraz z kilkoma kumplami odłączyliśmy się od grupy i sami zwiedzalismy. Idiotyzm. Najpierw nie mogłem spać, teraz gdy wreszcie śpię normalnie, śnią mi się takie bzdury, że na samą myśl nie wiem czy mam się z tego śmiać czy... Humor na chwilę poprawiło wczorajsze zwycięstwo ręcznych nad Szwecją. Chyba nikt nie ma takiego bramkarza jak Szmal. Ucieszył mnie także remis Niemców, choć wolałbym porażkę. Wciąż mam w pamięci zachowanie ich trenera po zeszłorocznej porażce z Danią. Nie dość, że ten człowiek dość mocno przypominał wyglądem Stalina, to na dodatek biegał za sędziami z pięściami i napięty był tak jak by zaraz miał wysrać kręgosłup. Tak czy inaczej, zostaje nam tylko mecz ze Słowenią. W zasadzie awans z grupy mamy pewny. Ciekawe na kogo później trafimy. Sukces naszych ręcznych tkwi w tym, że spora część kadry gra w najlepszej lidze świata - w lidze niemieckiej. Gdyby nasi kopacze grali w Chelsea, Barcelonie, Juventusie, Bayernie albo nawet w Tottenhamie, poziom gry byłby o wiele większy, bo sporo doświadczenia wynieśli by z ligowych boisk. Niestety, nasi grzeją ławę i w takiej tylko roli potrafią się sprawdzić w meczach międzypaństwowych. Liczę, że ta sytuacja ulegnie poprawie. Na tym całym Turnieju o Puchar Króla Tajlandii został nam tylko mecz z Singapurem. Nawet nie wiem czy z nimi kiedykolwiek graliśmy. Gdy w rozmowie rzucam temat polskiej piłki kopanej, ludzie momentalnie inteligentnie zmieniają temat rozmowy: "...ty ale mnie baniak napierdala" "patrz jaka fura na światłach stoi" "co ty kurwa wiesz o zabijaniu". I weź z kimś pogadaj na poważne tematy. Rano wstałem wcześnie, próbując doprowadzić twarz do porządku po wczorajszym goleniu. Chyba najlepszym wyjściem było by w tym przypadku założenie jakiejś gumowej maski. Około 10:30 wyszedłem. Znów w kilku miejscach pytałem się czy nie potrzebują nikogo do pracy. I jak nietrudno się domyślić, załatwiłem tylko tyle, że zużyłem paczke husteczek ocierając sobie gile :) Po powrocie do domu postanowiłem chwilę pooglądac TV żeby uspokoić nerwy. Chyba sam nie wierzyłem że to coś pozytywnego da. Zamiast się uspokoić, jszcze gorzej się wkurwiłem. Najpierw po właczeniu telewizora i przeglądaniu kanałów od pierwszego, dopiero na siedemnastym zobaczyłem coś innego niz reklamy, mianowicie komisję śledczą. To chyba jakiś ich fetysz. Siedzą od rana do wieczora pierdoląc głupoty i marnując nasze publiczne pieniądze. Czy ta banda darmozjadów nie zdaje sobie sprawy z tego, że co sekundę dług publiczny Polski zwiększa się o 2,5 tyś złotych ?? Póxniej trafilem na kolejny kwiatek - w telewizji jakiś facet siedział i stawiał ludziom taroty. Zaciekawiony tym niecodziennym zjawiskiem zostałem na tym kanale chwilkę. Zadzwoniła jakaś młoda i spytała się kiedy zda prawo jazdy. "Karty pokazują, że jest tu jeszcze jakiś wkład finansowy, zda pani za 8 razem". Przynajmniej po męsku powiedział. Rozbawiło mnie to, ale i tak przełączyłem dalej. Reklamy, reklamy, reklamy, telezakupy, wróżby, komisja, techno, zwierzęta, reklamy, telezakupy, komisja, reklamy, telenowele, hip-hop, reklamy, KLIK. Wyłączyłem sukinsyna. Zastanawiam się po jaką cholerę mi ten telewizor. Pozmywałem gary i siadłem na troche do kompa. Nagle sru, mejla dostaję. Uzywam tlena, więc gdy dostane mejla, wyskakuje mi takie białe okienko. Widzę "Ktoś chce się z Tobą skontaktować". Co jest do cholery ?? Nigdzie się ostatnio nie rejestrowałem, naszą klasę mam w dupie, co jest grane ?? Otwieram mejla a tu reklama serwisu randkowego na wp.pl. Tego już za wiele. Załozyłem słuchawki i puściłem sobie najgorszy rozpierdol jaki mam na dysku. Uspokoiło. Później pomogłem w jakże skomplikowanym procesie tworzenia kotletów mielonych i surówki. Zarzynając cebulę i czerwona kapustę wyobrazałem sobie że to jakiś mój najgorszy wróg, przyczyna moich życiowych niepowodzeń. Chyba będę tak teraz robić. Wieczór znów tu spędzę. Choć chciałbym go spędzić inaczej, gdzie indziej. Wciąz nie wiem od czego zależy podatnośc człowieka na szczęście. Chyba się tego nigdy nie dowiem, ale jest to dobry temat na dyskusję. Tylko z kim ?? Ściany w pokoju nie są zbyt rozmowne, podobnie jak starzy. Gdybym miał kota, pewnie by mnie wysłuchał pod warunkiem, że wcześniej bym go nakarmił. Jeszcze by mi pomruczał: "mądrze gościu gadasz ale nie wiem o czym, idę spać, pogłaskaj a w ryj". To jest kurwa obłęd. Czasem czuję się jak bym mieszkał na pustyni. Wyjdę z domu i dookoła widze samych wielbłądów. Nikogo, by się mozna było odezwać. Tu jest jałowo, pusto. Przechodząc obok jakiejś szkoły mam wrażenie że spaceruję po psychiatryku. Wsiadając do autobusu mam wrażenie że babki wbijają we mnie wzrok niczym sztylet, mimo że nie zajmuje miejsca siedzącego. Źle mi tu. Chciałbym znaleźć miejsce w którym wreszcie poczuję się potrzebny, doceniony. Jutro piątek.
skomentuj | (0)
|
Dwudziesty. |
2010-01-20 | 19:07:30 |
Moje wczorajsze przypuszczenia odnośnie zołądkowej grypy okazały się słuszne. Nie była to grypa żołądkowa a tylko podtrucie. Przeciez grypa żołądkowa tak szybko by mi nie przeszła. Już wczoraj wieczorem czułem sie dobrze, a po wygranym meczu z Niemcami - wręcz wybornie. Spałem dziś dobrze. Śmiać mi się chce, gdy przypomne sobie mój sen. Otóz z kolegami z bloku podłożyliśmy ogień pod jakimś mieszkaniem kilka pięter niżej i to mieszkanie się spaliło a później chowałem się przed sąsiadami i policją. Nigdy nie wierzyłem w te durne senniki. Dla mnie to stek bzdur, może ktoś naukowo wyjaśnił zależność snu i wydarzeń mających dopiero nastąpić, lecz ja pozostanę sceptyczny. Bo przecież Ktoś mieszkający na równiku nie zostanie zabity przez sopel lodu a mieszkaniec wsi nie wpadnie obok domu pod tramwaj. Chyba w zbyt wielu sprawach jestem sceptyczny. Widziałem kiedyś coś, co nazywało się "liczeniem numeru urodzin". Polega to mniej więcej na tym, że dodaje się cyfry z daty urodzin i sprowadza się je do jednej cyfry, która okazuje się być tą szukaną cyfrą i w zależności jaka cyfra wyjdzie, taki typ osobowości ktoś ma. Zresztą nie ważne. Wstałem wcześnie bo chciałem odwiedzić ulubiony urząd i przy okazji załatwić jedną ważną sprawę. Postanowiłem się ogolić i to był chyba błąd. Dawno tak nie pociąłem sobie twarzy. Pokrwawiłem całą umywalkę a gdy później przyłożyłem do twarzy rekę nasączoną wodą po goleniu, tak zaszczypało, że zdołałem tylko rzucić krótki monolog "o tym jak to ja bardzo nie lubię golenia". W dodatku pogoda się zesrała i szedłem w obie strony w śniezycy. W urzędzie podejrzanie mało ludzi. Czyżby ludzie odpuszczali ?? Cóż byłem, zobaczyłem... Zabawne że za każdym razem gdy tam idę, myślę że "dziś wreszcie cos dla mnie będzie". W drodze powrotnej zaszedłem do sklepu kupić babci pilot do telewizora. Zaniosłem go do niej, po czym wróciłem do domu. Pozmywałem naczynia i sprzatnąłem przedpokój. Póki nie mam jeszcze zatrudnienia, biorę na siebie jak najwięcej obowiązków domowych. Chce odciązyć mamę i pomagam jak tylko mogę. Później obejrzałem mecz z Tajlandią. Niby wygrana 3-1 ale wciąz nasza gra nie zachwyca. Skład z samych "ligowców". Trzeci mecz z Singapurem raczej wygramy. Peszko nie zagra bo sędzia z Tanzanii dał mu czerwoną kartkę chyba tylko za to, że ośmielił się strzelać w pierwszych minutach na bramkę Tajów. Nie rozumiem jego decyzji, ale stało się.Żeby Tajlandia nie przerznęla do zera, sędzia podyktował im karniaka, którego to Przyrowski obronił, ale żeby się przypodobać publice, arbiter nakazał powtórkę i skośnoocy zdobyli gola (hura...). Popołudnie było już mniej ekscytujące. Czekam właśnie na drugi mecz naszych ręcznych. O 20:20 mierzymy się ze Szwecją. Szwezi wczoraj ze Słowenią przegrali i dziś będą gryźć parkiet. Gdyby nie te mecze, chyba nie włączał bym telewizora. Zresztą w takim kraju ma telewizja dobrze funkcjonować ?? Ma bawić ?? Uczyć ?? Telewizja ?? Ta upadająca instytucja ?? Tu tylko korupcja i narko-biznes jako tako się trzyma. Ten kraj umiera.
Wkurzamy się że za granicą wszyscy się z nas śmieją a wciąz dajemy im do tego preteksty. Polak ma w sobie wszystko co najlepsze i wszystko co najgorsze. Nasze społeczeństwo popada ze skrajności w skrajność. Niby mamy najlepszych programistów na świecie, ale z drugiej strony spory odsetek społeczeństwa mentalnie zyje jeszcze pod zaborami. W Białymstoku miał wystąpić Kat z okazji WOŚP. Jak by nie patrzeć, jest to legenda polskiej sceny muzycznej. Nieco kontrowersyjni, ale i tak uważam że przy takiej okazji powinni wystąpić. Mają fanów, którzy z pewnością chętnie kupią bilet i przekażą tę symboliczną"cegiełkę" dla Orkiestry. Tymczasem katolicka Al-Kheida urządza 3 godzinny maraton zdrowasiek by Bóg wybaczył im, że do ich miasta zawitał satanistyczny zespół. Ludziom mocno odpierdala, berety ich za mocno cisną ?? Podobnie w przypadku pisiorów. Przypierdolili się do Nergala (lider Behemotha), że podobno na któryms koncercie podarł Biblię. Każda wydrukowana kopia Biblii jest święta ?? Zresztą cóż takiego jest w Biblii ?? Trochę przemocy, kilka morderstw i bajek na dobranoc. Dystansu trochę...
skomentuj | (1)
|
Dziewiętnasty. |
2010-01-19 | 20:33:45 |
Wczoraj znów szedłem spać zadowolony. Spędziłem wieczór na GG, kilka osób bombardowało wiadomościami a ja tylko klikałem w zakładki i odpisywałem, straszna to dla mnie frajda. Tym sposobem łatwo stwierdzić że ktoś jednak pamięta o moim istnieniu. Spałem dobrze, tylko raz na dłużej się obudziłem, ale po 20 minutach słuchania radia wróciłem do spania. Wziąłem sobie do serca pewną dobrą radę i przed południem nie wychodziłem z domu. Zresztą mama na kilka godzin wyjechała więc miałem wolny dom. W ogóle obudziłem się kilka minut przed 7:10. Odpuściłem sobie oglądanie serwisów informacyjnych. Chyba na jakiś czas w ogóle przestanę to ogladać. W gruncie rzeczy codziennie jest to samo. Przejrzałem kanały muzyczne, oczywiście oprócz MTV TWO nie było nic wartego uwagi. Po zapoznaniu się z 3 piosenkami zrobiłem sobie pożywne i smaczne śniadanie w postaci 3 kromek z masłem i słabej herbaty. Co prawda już czuję się dobrze i podejrzewam że to było zwykłe podtrucie a nie grypa żołądkowa, ale wolę dmuchać na zimne i zjeść jeszcze dziś coś lekkiego. I jak na złość niedawno zaczęli do Lidla przywozić takie pyszne pączki z malinowym nadzieniem. Cóż, musze troche poczekać zanim zacznę się nimi delektować. Około 10:15 przyszedł znajomy z bloku. Zaskoczył mnie wczoraj wizytą. Prosił o przerobienie i wydrukowanie CV jego siostry. Oczywiście zrobiłem to dziś rano jedząc "śniadanie". Jak przyszedł, upewniłem się że wszystko jest ok i wydrukowałem. Za 2 kopie zarobiłem 5 zł :) Dobry biznes, szkoda że niezawsze tak jest. Resztę przedpołudnia przeleżałem sobie, słuchając muzyki. Dopiero po południu odezwał się kumpel z zapytaniem czy robię coś dziś po południu. Oznacza to tylko i wyłącznie wyjście by powłóczyć się po bezdrożach miasta. Postanowilem że jednak pójdę trochę rozprostować swoje stare gnaty. Zjadłem żredni obiad i jakoś krótko po 17 wyszedłem na dwór. Mróz był dość silny. Momentami nie wiedziałem czy to skrzypi śnieg czy moje stawy, ale czuję że dobrze mi to zrobiło. Dotleniłem się i pewnie lepiej mi sie uśnie. Dziś szczególny dzień !! Rozpoczęły się Mistrzostwa Europy w piłke ręczną. I już w pierwszym meczy gralismy z Niemcami. Każda nasza wygrana w cokolwiek z Niemcami, Rosją, Austrią, Szwecją bardzo mnie cieszy. Dotarłem do domu akurat na ostatnie kilka minut meczu. Znam wynik i oczywiście bardzo cieszę się z wygranej ale jutro i tak postaram się gdzieś znaleźć powtórkę. Chyba tylko piłkarzy ręcznych oraz siatkarzy (i siatkarek) wstydzić się nie musimy. I jeszcze jest Justyna Kowalczyk. Póki co w nożną jesteśmy europejskim zadupiem. Jutro gramy kolejny mecz w Pucharze Króla w Tajlandii. Obejrzę, oczywiście że tak. Mimo niedzielnej porażki z Danią. Cóż, chciałbym żeby kiedyś nasza kadra grała chociaż na poziomie europejskich średniaków. Bo teraz to rozpacz. Mimo wszystko trzymam za nich kciuki bo taka jest rola Kibica. On jest z druzyną zawsze. Chcę jutro wyjść na miasto. Skonsultuję to jeszcze. Nie chcę zrobić głupstwa. Chcę być w pełni sił na koniec tygodnia :) Pewnie wrócę około południa, więc akurat na mecz. Oby jutro pokazali trochę ładnego futbolu. Zacznę tez uważniej śledzić Puchar Narodów Afryki, bo niedługo skończy się faza grupowa i wejdzie on w decydującą fazę. Piłka nożna to chyba najwspanialszy wynalazek od czasów ognia i koła.
skomentuj | (2)
|
Osiemnasty. |
2010-01-18 | 18:34:07 |
Pieprzone wirusy. Złapałem grypę żołądkową. Można więc powiedzieć że kolejny tydzień nowego dwa tysiące dziesiątego roku przywitałem w wielkim stylu. Gdybym to złapał w Sylwestra albo Nowy Rok, mógłbym mówić że to będzie (jeszcze bardziej) zasrany rok... Chciałem znów wyruszyć w teren, by do max. 13 się uwinąć, upichcić sobie coś na obiad, odwiedzić babcię. Tymczasem dzień wygladał zupełnie inaczej. Obuidziłem się około 5:20 rano. Oczywiście z typowymi objawami grypy żołądkowej. Przy okazji dowiedziałem się wreszcie co to jest "Nocny Patrol" na Tele5. Całkiem fajny program. Facet w nocy jeździ po Warszawie z kamerą położoną na przedzie samochodu i filmuje. Przy okazji leci sobie taka spokojna muzyczka. Gdy będe rano wstawać do roboty, na pewno będę to ogladać :) Wziąłem trochę leków i wszystko jak by się uspokoiło. Nie na długo. Z moich misternych planów co do rozkładu dnia pozostała mi tylko wizyta u babci. Nie wiedziałem czy to dobry pomysł by iść, ale ostatecznie poszedłem. I było w porządku, chociaż mocno się spieszyłem by dotrzeć tam jak najszybciej. Babcia trochę się ze mnie pośmiała i wypiliśmy po herbacie (ja dostałem taką dużą w takim garnuszku). Miałem jej coś zanieść i jednocześnie coś odebrać. Później wróciłem do domu i trochę się zdrzemnąłem, ale nie poleżałem za długo bo... bo nie ;) By się nie odwodnić, piłem bardzo dużo. Zasiadłem do nowego wydania gazety (nie wyborczej, żeby nie było). I oczywiście skierowałem się na początek do "Giełdy Pracy". Do prawdy, ludziom się pierdoli w głowach. Nie dość że ofert pracy mało, to w dodatku trafiłem na takiego kwiatka, że kapcie spadają. "Agencja towarzyska poszukuje atrakcyjnych mężczyzn, bla bla bla, zakwaterowanie, wysokie zarobki, bla bla bla". W pierwszej chwili byłem zaskoczony, że coś takiego wyemitowali. Gdy już pierwsze zaskoczenie minęło, nastało drugie - że i w tej branży rąk do pracy brakuje. Chociaż chyba nie tylko o ręce tu chodzi ;) Na upartego można by sobie dla jaj zadzwonić i zobaczyć co to jest, ale wyraźnie było napisane że szukają atrakcyjnych mężczyzn a ja jestem raczej średniak (taki idealny środeczek między Frankensteinem a di Caprio). Cóż, nawet do agencji by mnie nie wzięli, heh ;) Później pomajstrowałem przy telefonie. Miałem poważny problem, bo po zmianie oprogramowania nie wykrywało mi kilku zdjęć, które powinno wykryć. Niby aplikacja HP Print dołączona do telefonu widziałe te zdjęcia, to jednak po wejściu w "Album Aparatu" nie było ich. Gdy podłaczyłem telefon pod komputer i weszłem w jego pliki przez systemowy explorer, po wejściu w DCIM (to miejsce gdzie przechowywane są zdjęcia zrobione aparatem) też ich nie było. Dopiero przez My Phone Explorer znalazłem je i przerzuciłem je do DCIM. Jakimś cudem były poza tym folderem. Najważniejsze że je odzyskałem. Już czuję się lepiej. Co prawda ciągle burczy mi w brzuchu i piję straszne ilości herbaty, ale już nie muszę się przejmować innymi uciązliwymi aspektami grypy żołądkowej. Zamiast tostów z niewyobrażalną ilością różnych przypraw i dodatków, na kolację zjem jakże smaczne i pożywne 3 kanapki z masłem. Huraaa... Posiedze tu trochę, zresztą co mozna robić w taki wieczór. Niby jest coś na Polsacie, ale to w końcu Polsat. Dopiero o 23 obejrzę coś na Discovery World i jeśli sie da to usnę sobie spokojnie śniąc o mniejszych lub większych pierdołach. Oby jutro udało się wyjść w teren.
skomentuj | (1)
|
Siedemnasty. |
2010-01-17 | 18:09:39 |
Jest takie powiedzenie: "źle się dzieje w państwie duńskim". Po dzisiejszym meczu Polska - Dania stwierdzić można że źle się dzieje, ale w państwie polskim. Nie można mieć pretensji do kolejnych trenerów gdy nie ma zawodników. Co prawda to była kadra składająca się tylko z naszych ligowców, ale myślałem że podejdą poważnie do tego meczu. Coś tam próbowali, ale w pewnym momencie się zacięli i jak sie to skończyło, mówić nie muszę. Następni przeciwnicy niby są znacznie słabsi od Danii, ale nie chcę się nastawiac na jakieś wielkie sukcesy. Obejrze kolejne mecze. Nie, że przegrali to mam ich gdzieś. Mi zalezy na tym, byśmy grali porządna piłkę. Nie chodzi mi nawet o wygrywanie, ale żeby się te mecze oglądało przyjemnie. Gdy się przegra, ale po walce, ludzie (co prawda nie wszyscy, ale niektórzy tak) powiedzą że się mecz podobał, że pokazalismy pazur. A że zabrakło szczęścia to inna sprawa bo piłka jest okrągła a bramki są dwie. Ale by zasłużyć na szacunek kibiców, trzeba nie tylko mieć serce do gry ale też jaja by powiedzieć że "źle zagraliśmy, ale chcemy lepiej", samokrytyka i samozaparcie by dążyć do coraz lepszej gry. Zresztą efekty mamy podobno zobaczyć za 2,5 roku. Odwiedzili nas dziś goście. I dobrze, lubie gdy mamy gości. Niby pozostał mi po tej wizycie lekki ból głowy ale przeważa radość. Nie lubię czuć się taki wyobcowany. Mam wtedy wrażenie że mijający mnie na ulicy ludzie nie widzą mnie. Zamiast człowieka po ulicy idzie widmo. Dopiero gdy przechodze przez ulicę, czuję że jestem widoczny bo samochody zwalniają. Napady wyobcowania głównie mam wtedy, gdy długo z nikim nie GGadam lub nie spotykam się z ludźmi. Co prawda nie mam zbyt dużo takich bliskich znajomych osób, ale nie liczy się ilość, a jakość. A ta jest bardzo wysoka :) Popołudnie spędzałem przed monitorem. Próbowałem rozwikłać jeden problem z zagadnień bazo-danowych, ale nie wiele zdziałałem. Niedługo sobie chyba zrobie przerwę od komputera bo zaczyna mnie znów ćmić głowa. Nie miałem kompletnie pomysłu na to popołudnie. Normalnie spędził bym je poza domem, albo w domu w czyimś towarzystwie. Czasem wydaje mi się że od zycia wymagam więcej niż może mi zaoferować. Niby cudów nie chcę, ale z drugiej strony ktoś kto od zycia dostawał zawsze "niezbędne minimum" nie może teraz dostawać tyle co inni. Los kieruje się takim tokiem myślenia. On uznaje że ktoś na coś zasługuje a inny nie. Dąże do szczęścia. Chce żeby żyło mi sie dobrze. I nie tylko mi. Już raz to dziś napisałem ale moja definicja szczęścia to obecne życie obrócone o 150 stopni. Nie o 180, bo nie wszystko bym chciał zmieniać. Zresztą nie wszystko się da, więc z logicznego punktu widzenia, więcej niż o 150 * zmienić nie mogę. Stworze kiedyś taką "listę zmian". Uwzględnię wszystko co chcę zmienić i przy każdej rzeczy napiszę jak trudno tego dokonać by zmienić. Musze się tylko nad tym głębiej zastanowić. Tymczasem zbliża się poniedziałek i tor myślenia skierowany znów zostanie w innym kierunku. Gdy już brakuje sił bywają myśli że to jakiś ślepy tor zakończony murem o który z wielką prędkością się rozbiję lub jakaś zapomniana bocznica. Podświadomie jednak podążam przed siebie nie wiedząc co kryje się za kolejnym semaforem. Kiedys będą jak ta wielka ciężka lokomotywa Union Pacific jeżdżaca po amerykańskich torach. Nic jej nie może zatrzymać, pędzi przed siebie co prawda z ciężkim bagażem, ale wciąż przed siebie. Z górki, pod górkę, zawsze dostojnie i majestatycznie, budząc lęk i podziw. I tak będzie.
Niech tylko wszystko zacznie się układać :)
skomentuj | (0)
|
Szesnasty. |
2010-01-16 | 20:34:25 |
Często gdy w ciągu dnia coś niespodziewanego się wydarzy, myślę o tym, że wstając rano nie miałem zielonego pojęcia że coś takiego może nastąpić. Dziś było tak samo. Wczoraj przed 23 poszedłem spać. Jednak dopiero około 2:40 usnąłem. Dziś miałem szanse by dłużej pospać, ale na przeszkodzie stanęła wizyta po kolędzie. Po 7:20 wstałem, by trochę ogarnąć pokój, zjeść sobie śniadanie i zrobić poranną toaletę. W myślach kombinowałem jak tu się wyrwać z domu ;) Jednak okazało się że moje misterne knowania nie dadzą nic, bo była koniecznośc bym w tym czasie wyszedł z domu. Problem z tymi wizytami polega na tym, że jestem wciąż wypytywany o pracę, życie osobiste. Nie lubię gdy bądź co bądź, obca osoba zadaje mi takie pytania. Okazało się że do babci zawitali niespodziewani goście. Przyjechał wujek z wybrzeża i miałem pójśc i zanieść kilka zakupionych rzeczy. Oczywiście chętnie przystałem na tę propozycję. Sam nie wiem co myśleć o chodnikach. Od mojego bloku do babci jest trochę mniej niż kilometr, jednak w tym czasie szedłem po każdej możliwej "wersji" chodnika. Był chodnik normalny, chodnik zimowy (z ubitym śniegiem), chodnik plażowy (ze śniegiem a'la piach), chodnik ortopedyczny (z warstwą lodu) oraz chodnik "ch*j wie co" (wspólna wariacja wszystkich wyżej wymienionych modeli). Postanowiłem u babci trochę zostać. Od razu wujek dał mi swojego laptopa bym u siebie w domu przeczyścił system z niepotrzebnych rzeczy. Wymieniłem się kilkoma smsami z Bliską Osobą, wypiłem herbatę a także herbatę drugą oraz (no kto by się spodziewał...) herbatę trzecią. Wreszcie około południa gdy już było po "nalocie" w moim bloku, wyruszyłem z laptopem wujka w droge powrotną tymi samymi chodnikami. W domu właczyłem sobie komputer, bo co to jest siedzenie bez muzyki :) Popodniecałem się trochę solówką Briana May'a (Queen) z koncertu z Wembley z 1986 roku. Jak naucze się grać, też spróbuję to zagrać. Brighton Rock Solo, jasna cholera :) Zabrałem się za czyszczenie laptopa wujkowi i podjadanie ciastek z szufladki. Gdy już byłem na końcu (laptopa, nie ciastek), przyszedł znajomy z bloku z prośbą o wydrukowanie kilku stron. Czego się nie robi dla tych kilku złotych :) Gdy definitywnie zakończyłem pracę z laptopem, przesiadłem się na swojego blaszaka i sprawdziłem wyniki meczów, które obstawiałem. I co ?? I zima... Liverpool tylko zremisował ze Stoke City i tym sposobem moja szansa na wygraną w wysokości 568 zł poszła się... Wkurzyłem się. Niedługo po tym zdarzeniu przyszedł wujek. Posiedzieliśmy troche najpierw przed komputerem, później przed TV. Podyskutowaliśmy o jutrzejszym meczu Polska - Dania. Nie mam pojęcia gdzie wyczytałem, że mamy grać mecz z Koreą Płn. Rywalami mają być: Dania, Tajlandia i Singapur. Chociaż nie ukrywam, że chętnie bym obejrzał naszych przeciwko Korei Północnej. W końcu KRLD jest finalistą Mistrzostw Świata. Ale trafili do takiej grupy, że chyba tylko Kim Dzong Il (z mała pomocą rakiet średniego zasięgu Taepong-2) może sprawić że wyjdą z niej z 1 lub 2 miejsca. Gdy wujek poszedł, obejrzałem 13 Posterunek. Szalałem kiedyś za tym serialem :) Kończyłem podstawówkę, gdy wchodził do telewizji, nadawali go wtedy chyba w środy o 20. Posiedze sobie dziś do 23, może troche dłużej. Jakoś nie mogę za długo siedzieć przed monitorem. Poza tym musze wstac jutro na mecz, który zaczyna się o 9:45. I chyba wydarzenia piłkarskie będą jutro dla mnie najciekawszymi. Niedziele są chyba stworzone bym na nie klął z powodu permanentnej nudy. Ale możliwe są także wyjątki potwierdzające regułę :)
skomentuj | (0)
|
Piętnasty. |
2010-01-15 | 18:46:02 |
Nie wiem jak zacząć. Od samego rana jestem jakiś wygaszony, stłamszony, otłumaniony. Przecież nic takiego się nie stało. Przecież jest źle, czyli tak jak zawsze. Przecież nie spadła na mnie jakaś kolejna katastrofa. Sam nie wiem, czasem mam siebie serdecznie dość, chce być gdzie indziej z dala od siebie samego. Ale przecież tylko ja jestem przy mnie. Nie ma tu nikogo więcej, nie było nigdy. Śpię lepiej, coraz lepiej. Nawet mi się coś śniło dziś w nocy, nie pamiętam jednak co. Pewnie gdybym czuł psychiczny komfort, jakoś bym to zapamiętał. Jutro już będzie wszystko ok. Chyba będzie trzeba pomalować tę mokrą ścianę. Patrzyłem dziś rano na tę plamę. Nie wygląda to najlepiej, ta woda chyba była brudna. Zjadłem śniadanie i zabrałem się za porządki w domu. Jutro przecież mam "nalot". Głupi zwyczaj. Nie podoba mi się to. Wymyślę coś i zniknę z domu. Dziwaczeję. Zmywałem dziś naczynia i postanowiłem posłuchać radia. Sięgnąłem po telefon, który akurat kończył się ładować. Niedawno wgrywałem do niego nowe oprogramowanie. Chciałem się pozbyć obleśnego oprogramowania z Orange. Liczyłem że ten zaktualizowany "soft" będzie nowszą wersją ale oryginlnego oprogrmowania Sony Ericssona. Niestety myliłem się. Wgrałem najnowszy soft od operatora (dopiero na forach dyskusyjnych znalazłem tematy, które odradzały aktualizacji przez ten program, którego ja używałem). Nie miałem zapisanych stacji radiowych, więc szybko je odszukałem i zapisałem. Niepotrzebnie to radio włączałem. Na każdym kanale leciały jakieś romantyczne smęty. Jeden śpiewał że "bez Ciebie mojego świata nie ma", drugi że tęskni. Na koniec zaśpiewałem ja, że w dupie mam takie radio. Nie ogarniam tego miłosnego bełkotu, omijam to jak największym łukiem, traktuję jak zepsute powietrze. Prawda jest bardziej brutalna niż "Pasja" Gibsona - jeśli kiedyś w bliższej lub dalszej przyszłości komuś odpierdoli na tyle że zechce "być ze mną w zdrowiu i chorobie, bogactwie i biedzie", może spodoba mi się ton tych cholernych piosenek. Ale nie w obecnej sytuacji. Dobija mnie to.
Pozmywałem te naczynia. Następnie wysprzątałem pokój. I dopiero wtedy odczułem jakąś wewnętrzną satysfakcję. Następnie usiadłem przy komputerze. Miałem do sprawdzenia jedną rzecz. Zdobyłem dyskografię Europe i musiałem ją skatalogować, wrzucić na playlistę. Do prawdy nie wiem czmu nie odkryłem ich wcześniej. To znaczy niby ich znałem ale tylko dzięki piosence "The Final Countdown". Ich pierwsze albumy są świetne. W ogóle muzyka zawsze miała dla mnie duże znaczenie. To żywioł. Instynktownie odnajduję ją wszędzie. Nie umiem robić czegos przy komputerze, gdy nic mi nie gra z głośników. Z okazji wyjazdów tworze specjalne playlisty w telefonie, słuchawek w domu nigdy nie zostawię. Ciepło przyjąłem też najnowszy album Fear Factory. Gdy spojrze teraz na to, jak to u mnie było z tą muzyką, chce mi się śmiać. Jako dzieciak gustu ukierunkowanego nie miałem. Słuchałem wszystkiego co popadło. Przełomowym momentem było założenie kablówki. W ogóle wtedy była to nie lada atrakcja. Musiało jednak upłynąć trochę czasu zanim obrałem tę słuszną drogę. Będąc w podstawówce za pośrednictwem jakiegoś kanału muzycznego (nie pamiętam już jakiego), naoglądałem się teledysków takich grup jak: Iron Maiden, Nirvana Metallica, Guns N Roses, Queen The Offspring. Miałem o tym wszystkim znikome pojęcie lecz spodobało mi się. Wakacje przed 5 klasą podstawówki spędzałem przed telewizorem i ogladając kanały muzyczne. Jako, że angielski znałem już wtedy dość dobrze, po części rozumiałem teksty. Była to jednak szczątkowa znajomość sensu "lirycsów", zawsze mówiłem że "gdybym miał tekst na kartce, wiedział bym znacznie więcej". Strasznie podobały mi się długie włosy gwiazd rocka. Postanowiłem i ja takie mieć. Symulowałem grę na gitarze po kryjomu w pokoju gdy nikt nie widział. Naśladowałem sceniczne ruchy Axela Rose'a, Freddy'ego Mercury'ego, próbowałem z domowych sprzętów skonstruować perkusję :) Muzyka i kopanie piłki, te dwie rzeczy były wtedy dla mnie najważniejsze... Nie wszyscy podzielali mój długowłosy entuzjazm. Katechetka po pewnym czasie przestała mnie wpuszczać na religię. Cóż, by być nawiedzonym, nie trzeba być zamkiem. Narobiłem moją nową "religią" niemałego zamieszania w szkole. Przeze mnie były 2 wywiadówki, skargi katechetki, obniżanie sprawowania (na przerwach udawałem rockmena z piórnikiem zamiast mikrofonu:), 4 razy rodzice byli wzywani do szkoły :) Ostatecznie rok później włosy musiałem ściąć. Teraz nie wyobrażam sobie siebie z długimi włosami. Czas płynął. Koledzy z bloku poszli w innym kierunku. Gdy w gimnazjum zaczęliśmy chodzić do jednej klasy (w podstawówce byliśmy w różnych), chciałem się z nimi zadawać (potrzeba przynależności społecznej została mi do dziś). Uległem presji grupy i zacząłem słuchać hip-hopu. Nie od razu, bo dopiero pod sam koniec gimnazjum. Gdy teraz o tym pomyślę, przynam się że głupio mi. Nie podobało mi się to i dawałem to do zrozumienia, ale jeśli chciałem być jednym z nich, musiałem się zgodzić na taki kompromis (czy kompromitację, sam już nie wiem). Po kryjomu jednak wracałem do rocka, jak do matki po dalekiej podróży. Później jeszcze trochę obcowałem z muzyką elektroniczną, jednak 4,5 roku temu definitywnie wróciłem do "korzeni". Czasem jeszcze posłucham czegoś elektronicznego, ale to rzadkość. Zacząłem się oddalać o tej zwartej grupy kolegów z bloku. Przestało mi zależeć na "kumplowskich" kontaktach z nimi. Oni poszli w edną stronę, ja w drogą. Dokonałem trafnego wyboru. Jutro też dokonam trafnego wyboru i zniknę z domu na całe przedpołudnie. Ominie mnie kolejna kolęda :)
skomentuj | (1)
|
Czternasty. |
2010-01-14 | 18:31:20 |
Łapię się na tym, że interesują mnie rzeczy, które innych totalnie nie obchodzą. Czuję się z tym bardzo dobrze. Ktoś może mi powiedzieć że to idiotyczne, lecz ja sobie z tego nic nie robię :) Bo przecież to moja sprawa że idąc ulicami gapię się na tablice rejestracyjne samochodów. Gdy zobaczę jakąś "obcą" rejestrację natychmiast kojarzę czy znam kogoś z tamtych rejonów kraju. Moja sprawa że idąc ulicą staram się omijać łączenia płyt chodnikowych, zbieram bilety PKS, kapsle z piwa, bilety z meczów... Najchętniej liczyłbym mijanych na chodnikach ludzi, obejrzane pociągi, kroki od - do. Zaglądam w Kalendarz XP żeby zobaczyć ile metrów przejechałem myszką danego dnia. Chyba każdy ma takie ukryte zainteresowania. Ostatnio zaciekawiło mnie CB Radio i nasłuch różnych częstotliwości. Nawet szukałem dziś skanerów nasłuchowych, ale to spory wydatek, na który na razie nie mogę sobie pozwolić. Znów spałem z przerwami. Wstałem bardzo wcześnie. Od rana musiałem czekać na ludzi ze spółdzielni. Ostatecznie przyszli około 11. Powiedzieli tylko że będą starać się by udrożnić rynnę, ale nie gwarantują że im się uda. A plamy na ścianie mają same zniknąć. Prawdę mówiąc wkurzyło mnie to, bo czekałem na jakieś konkretne działania lub informacje. Znając życie, poczekam sobie do wiosny aż stopnieje śnieg i lód a mi zaleje pokój wodą. Te plamy, które wczoraj zlokalizowałem w pokoju są już bledsze. Czyli wysychają, ale nie wiem czy nie będzie trzeba odmalować pokoju. Chciałem to zrobić jakiś czas temu i chyba teraz jest dobry pretekst by to zrobić. Gdy wyjdzie się z pokoju i wejdzie się po ok 10-15 minutach, czuć zapach rozrabianej w wodzie farby. Całe szczęście, jest to tylko u mnie w pokoju. Gdy panowie sobie poszli, i ja postanowiłem wyjść. W tym samym celu co ostatnio kręciłem się 2,5 godziny po mieście po czym wróciłem i zjadłem sobie pomidorówkę. Wieczorem chciałem obejrzeć sobie jakiś mecz na Eurosporcie. Trwa przecież Puchar Narodów Afryki, ale chyba zostanę do 23 przed monitorem. Tu przynajmniej jest szansa by z kimś pogadać. Wczoraj gdybym nie uciął rozmów, siedział bym do późnej nocy. Skończyło się na 23:30. Zresztą już troche przysypiałem, nie mogę jakoś długo siedzieć przed monitorem. Przed TV, owszem, ale nie ma takich sytuacji bym oglądał do późna jakiś film, bo po prostu mało filmów jest w TV, które by mogły skupić moją uwagę. Kolejny dzień mija sobie bezpowrotnie. Jutro piątek. Podobno w sobotę ma mój blok nawiedzać ksiądz. Wiem to z pewnego źródła (choć nie powiem bym się starał o takie informacje) ;) Ja jakoś nie przywiązuje do tej wizyty większej wagi. Nie wpłynie to ani pozytywnie ani negatywnie na moje dalsze i dotychczasowe życie. Będę sobie słuchać spanikowanych blokowych dewot latających po schodach w górę i w dół jak Mesershmitty. Ludzie na prawdę mają "bałagan na strychu". Przecież to tylko ksiądz a nie (tfu) telewizja czy (tfu tfu ) jakiś polityk za przeproszeniem. Ktoś pewnie myśli że jak do niego ksiądz przyjdzie najpierw albo że go poczęstuje ciastem, to będzie kimś lepszym, pokaże się z lepszej strony. Gówno. Z lepszej strony pokazywać się trzeba codziennie poprzez wzajemną uczciwość, życzliwość, uczynność. Mam w bloku ludzi, którzy na innych lubią skargi składać. O byle co. I taki wynalazek wejdzie księdzu w dupę po sam żołądek i niby przedstawi się w jak najlepszym świetle ale i tak pozostanie wrednym sukinsynem. Nie wiem nadal skąd u ludzi taka porąbana mentalność, wkurza mnie to, ale ludzi nie zmienię. Cham pozostanie chamem bo tak mu lepiej/wygodniej. Ja do kościoła nie chodzę ale staram się być wobec ludzi w porządku. I tego też od ludzi oczekuję, ale czego się można spodziewać po takich "pobożnych na pokaz" ludziach, którzy o 16 lecą na skargę a o 17 puszczają na full volume kolędy i roztaczają wokół siebie aurę pozornej pobożności. Jakiej muzyki słucham to moja sprawa ale przynajmniej nie roztaczam wokół siebie jakiejś fałszywej łuny i nie idealizuję siebie.
Ludzi nie zmienię. Moge jedynie pracować nad sobą, by mi oraz innym z mojego otoczenia żyło się przy mnie lżej.
skomentuj | (2)
|
Trzynasty. |
2010-01-13 | 18:42:20 |
Siedziałem w niedzielę skulony w kącie i myślałem o blogowaniu. Pamiętam co stało się z poprzednimi próbami pisania. Mimo wszystko pierwsza próba była najbardziej owocna. Doskonale pamiętam, że w dniu 16 finału WOŚP założyłem blog. To było dla mnie coś nowego, nie stanowiło wyzwania, traktowałem to niby na luzie, jednak w pewnym sensie z konsekwencją bo łatwo przecież zgubić ten "rytm". Blog towarzyszył mi przez sporą część choroby, tych wpisów już nie ma. Teraz trochę żałuję że je skasowałem. Chciałbym je mieć zapisane chociaż w jakimś pliku tekstowym na dysku i któregoś dnia za 2-3 lata siąść i poczytać moje słowa. Pospieszyłem się z tym usuwaniem. Po jakimś czasie przyszła monotonia, stan psychiczny pogarszał się szybko. Wtedy nie układało się nic, wakacje miały być inne, tylko jeden wyjazd do Stolicy wart był uwagi z pierdolonych 2 miesięcy. Pustka i beznadzieja wylewała się z nich jak woda z zapchanego klopa. Niby pisałem coś "na boku" (na JoeMonster.org) ale to nie było to samo, zmuszałem się by tam pisać. Zmuszałem się do wszystkiego. Nie chcę już drugi raz tego przerabiać. Wtedy nie mogłem nawet zjeść porządnego obiadu. Całe szczęście, to już z mną. Mimo kilku zmian, pewne sprawy wciąż wyglądają tak samo. Musze się przed samym sobą przyznać, że wczoraj miałem trochę w czubie wieczorem. Później siedziałem długo i myslałem nad tym co napisałem. Wiem że mogłem stać się nazbyt wylewny, ale w porę ugryzłem się w palec. Rano nawet nie kląłem jak zwykle na kłopoty senne. Spałem, nawet nieźle spałem. Nie pamiętm by coś mi się śniło, ale ważniejsze chyba jest to, że w ogóle udało mi się usnąć. Budziłem się 4 razy siedząc za każdym razem po 10-15 minut, ale wreszcie dane mi było chociaż trochę poczuć namiastkę kojącego snu. Nadal boję się spogladać w lustro. Przemywam oczy i twarz kilkanaście razy dziennie. Nie chce dociekać czemu miłem te kłopoty senne. Ten rok w wielu kwestiach będzie taki sam jak poprzednie i następne. Włączam rano telewizor i szok. Trzęsienie ziemi w Haiti. Mówią już o 8 Polakach, którzy tam przebywali. Nie dość że bieda tam aż piszczy, to jeszcze klęski żywiołowe... W 2004 roku w Azji było podobnie (tsunami). Pewne rzeczy się nie zmienią. Politycy nadal będą się kompromitować w komisjach śledczych. w Iraku nadal będą ginąć Amerykanie a w lato będą nas nawiedzać tropikalne ulewy i nawałnice. Chodniki nadal nie odśniezone. Kręciłem się dziś po mieście dobre 3 godziny. I jak nie trudno się domyślić, gówno załatwiłem. Jaki kraj - takie możliwości. Zima mocno daje się we znaki. Około 15, gdy kroiłem sobie warzywa na sorówkę, zapukała sąsiadka z 10 piętra. Spytała czy... nie leje mi się po ścianach w małym pokoju. Skąd mogłem wiedzieć skoro byłem od godziny w kuchni. Poszliśmy do mojego pokoju, odsunąłem firankę i okazało się że na ścianie mam 3 duże mokre plamy. Sąsiadka przyszła spytać czy u mnie nie przecieka bo u niej odchodzi farba... Przy okazji zlustrowała z każdej strony mój pokój. Szczególną uwagę zwróciła moja ściana przy której stoi łóżko a właściwie to, co na niej jest ;p Gdy ona poszła, postanowiłem sprawdzić, co się dzieje że styropian aż przemaka. Wyszedłem na balkon i przywiązałem prawą nogę do takiego gwoździa w ścianie balkonu (żeby nie zabić się przed EURO 2012, cholernie mnie ciekawi jak wypadniemy w kwestii organizacyjnej, bo w sportowej... ;p). Usiadłem na barierce i zajrzałem w stronę okien mojego pokoju i kuchni. Co się okazało ?? Przy oknie do pokoju mam rynnę. Super sprawa, gdy na dworze pada deszcz, można sobie go jeszcze posłuchać !! Aż się dziwię że nie dopłacam za ten luksus. Okazało się, że od środka rynna jest skuta lodem. Woda nie ma ujścia więc płynie po zewnętrznej ściance rynny. Na rynnie i obok niej jest 2 centymetrowej grubości warstwa lodu i ten lód powoduje ten przeciek. Zgłosiłem to telefonicznie do spółdzielni (byłem sam w domu) i jutro ktoś ma przyjść i się tym zająć. Dobrze że nie mam tam gniazdka bo by mnie 230 V poczęstowało (nuczył bym się tańczyć na 10 sekund przed śmiercią ;)) i było by nieciekawie. Nie jestem przesądny. Nie przeszedł mi drogi czarny kot. Nie przechodziłem pod drabiną. Na widok kominiarza nie złapałem się za guzik, zreszta kurtkę mam na suwak a gdybym się złapał za guzik od rozporka, wzięli by mnie za (jeszcze większego) zboczeńca... Jutro przymusowo siedzę w domu. Mam czekac na ludzi ze spółdzielni bo do 16 nikogo w domu nie będzie. Przynajmniej przejrzę kilka dyskografii, które mi się udało zdobyć i wysuszę buty. Wkurzają mnie niektóre reklamy. W zasadzie ich zdecydowana większość. Znalazłem kiedyś na YouTube blok reklamowy z połowy lat 90-tych. Był wtedy wielki boom na kablówkę. Miałeś kablówę - byłeś gość ;p Tamte reklamy też bywały idiotyczne, ale nie tak jak te, które widzę teraz w TV. Szczytem głupoty są reklamy proszków do prania, kochanie przez gotowanie (sranie w banię), reklamy operatorów komórkowych i ubezpieczycieli. Baba przebrana za Staułę Wolności. Dlaczego nie przebieże się za Wielki Chiński Mur, Piramidę Cheopsa albo za Grand Canyon ?? Znalazłem też reklame Ery sprzed kilku lat. Gdyby wszystkie reklamy miały taki pozytywny przekaz jak ta, wtedy 15-minutowe przerwy na Polsacie czy TVN-ie nie były by takie straszne. Niech ta cholerna zima wreszcie się skończy.
skomentuj | (1)
|
Dwunasty. |
2010-01-12 | 20:39:25 |
Dawno temu opracowałem niezawodną w moim przypadku metodę na smutek. Gdy czuję że ogarnia mnie lekki dołek - włączam najcięższą muzykę jaką tylko mam na dysku. Wkładam słuchawki i następuje wtedy cudowny w swej prostocie proces przetwarzania smutku na czystą złość. Lepiej sobie radzę ze złością. Zawsze tak było. Pamiętam że kilka lat temu receptą na wszystko było kopanie piłki. Brałem piłkę, szedłem na boisko i katowałem ją tak długo aż byłem zbyt wyczerpany by myśleć orzeczach smutnych, bądź denerwujących. Jednak sprawy, które wtedy zaprzątły głowę, zncząco różniły się od tych, które głowę zaprzątają dziś. Zaczyna mnie niepokoić moja bezsenność. Wczoraj trochę spałem ale dziś znów przesiedziałem cała noc. Oczywiście spać zachciało się rano. Jednak wtedy nie zamierzałem kłaść się do łóżka. Wyszedłem na miasto i choć odwiedziłem te miejsca które odwiedzić chciałem - chodziłem dotąd aż się rozbudziłem zupełnie. Około godziny 13, wróciłem do domu, lecz niebawem wyszedłem jeszcze raz by obstawić mecze. Kolejny raz próbuję szczęścia w bukmacherce. W sumie stąd przyjdzie ono najszybciej. Potencjalna wygrana miło mnie zaskoczyła, lecz ucieszę sie dopiero wtedy, gdy będę tę kwotę trzymał w ręku. Po powrocie do domu zrobiłem sobie pastę rybną. Kilka dni temu znalazłem w Internecie przepis. Banalnie prosta do zrobienia. Zresztą teraz zajadam się kanapkami z nią. Ok 17 wyszedłem z kumplem na "jedno piwo". I właśnie to wyjście wprawiło mnie w taki dziwny, dekadencki nastrój. Powinienem takich huśtawek nastroju unikać. Szczerze mówiąc, bałem się pisania dziś. I chyba wciąż się boję. Nie wszystko mogę ot tak z siebie wyrzucić. Tzn. nie wszystko powinienem. Niektórych myśli się wstydzę, podświadomie nie dopuszczam ich do siebie. Idę ulicą, pomyślę o czymś i nie potrafię spojrzeć nikomu w oczy. Wiem że ten ktoś nie wie o czym myślę ale nie potrafię. Jutro trzynasty dzień miesiąca. Nie jestem przesądny, to niewygodne. Jeśli mam wpaść pod samochód to uważam że takie same szanse na to mam w każdy inny dzień miesiąca. Może trzynastego ludzie się bardziej starają ?? Później jest co zwalić na niekorzystną datę w kalendarzu. Nie wiem co myśleć o własnym życiu. Może lepiej nic nie myśleć, tylko robić wszystko by te myśli były pozytywne ??
skomentuj | (1)
|
Jedenasty. |
2010-01-11 | 18:32:24 |
No i kto by się spodziewał takiego scenariusza :) Podejrzewam że chyba sam Alfred Hitchkock lepiej by sobie tego nie wykombinował. Wczoraj tuż po 20 zaczął się mecz otwarcia w Pucharze Narodów Afryki, gdzie gospodarz turnieju Angola grała z Mali. Miałem iść na rynek na "światełko do nieba" ale ostatecznie wybrałem mecz. Do 79 minuty Angola wygrywała 4-0, a piłkarze Mali rzeczywiście byli mali przy graczach Angoli. Jednak to co się później stało zapamiętam dobrze na kilka miesięcy. Mali zebrało się "do kupy" i doprowadziło do remisu, strzelając dwie bramki w doliczonym czasie gry. O ile mecz nie był jakiś porywający to nadrobił to dramaturgią. Swoją drogą podobają mi się te piłki którymi grają. Takimi samymi mają grać w lato na Mundialu. Dziś też obejrzałem mecz, tym razem pozornie słabe Malawi grało z Algierią i wygrało 3-0 :) Zaskakuje ten turniej. Co do ostrzelanej ekipy Togo, chyba wycofają się. Wrócili do domu i niby prosili federację Afrykańską o przełożenie ich meczu ale ci się nie zgodzili. Szkoda. Z kolei nasze asiory mają grać na turnieju o Puchar Króla Tajlandii (chyba). Mecze mają być 17-go, 20-go i 24-go. Ciekawi mnie mecz z Koreą Północną, który ma być za 9 dni. Dziś już nieco lepiej spałem. To znaczy był to sen szarpany, ale lepszy taki niż żaden. Ostatnio wierciłem się na łóżku całe noce, próbowałem spać w ekwilibrystycznych pozycjach. Mogę powiedzieć że taką swoistą odmianę Kamasutry przerobiłem. Pod kołdrą, na kołdrze, na poduszce, pod poduszką, pół siedząco, z nogami na poduszce, z nogami na krześle, nawet przy wyłaczonym komputerze na biurku. I ja się wkurzałem i starzy których wciąż budziłem. Dać mi prześcieradło a ja swoim wierceniem je bez użycia rąk uprasuję i w kosteczkę złożę (albo w jakieś inne prześcieradlane "origami"). Nie było co się rano wylegiwać, stąd moja wczesna pobudka o 6:00. Zaplanowałem poważne wyjście i faktycznie - byłem. Chociaż nie wiem czy to był dobry pomysł. Chodzi o chodniki i w ogóle o warunki do przemieszczania się po mieście. Te są tragiczne. Od 9 do 12:30 wędrowałem po mieście, pytałem się w kolejnych miejscach o pracę, wszędzie narzekali na brak kasy. Nikt jakoś nie wyskoczył na mnie "z zębami". Kurde, co się dzieje ;) Ale chyba rozumieli moją sytuację. Z jednym facetem nawet dłuższą chwile pogadałem, życzył powodzenia... W końcu czego ja mam się wstydzić ?? Tego, że chce uczciwie iść do pracy ?? Wstydzić bym się mógł gdybym kradł gdzieś coś i przepijał. Teraz najwyżej przepijam to co dostaję na bilety komunikacji miejskiej ;) A jedno czy dwa piwa na tydzień krzywdy jeszcze chyba nikomu nie zrobiły. Wróciłem ok 12:30 i zabrałem się za tę nieszczęsną literkę na klawiaturze. Jko że proste sposoby są zwykle najlepsze, właczyłem windowsowy notatnik. Z kuchni chwyciłem łyżeczkę do herbaty i podwadzając "a", wyjąłem go. Pod klawiszem jest taka gumka w którą upchnąłem kawałek zapałki. I działa :) Przynajmniej klnę na to co zwykle a nie na klawiaturę:) Później obejrzałem wyżej wspomniany mecz Malawi - Algieria, zjadłem makaron z twarogiem i usiadłem na chwilę przed TV. To moje wieczorne pisanie mogę chyba uznawać za końcówkę dnia, chociaż piszę wczesnym wieczorem. Ale tak mi się jakos wydaje że jak już tu zajrzę i skończe pisać, później nic już się nie wydarzy, i tylko czekać na wieczorną kąpiel i spanie. Z pewnością gdybym pisał na przymus, nie odczuwał bym stysfakcji z tego. Samemu ciężko by mi było wrócić do pisania, potrzebna była pomoc, jednak ta nadeszła. Zresztą nie mogło być inaczej :)
skomentuj | (1)
|
Dziesiąty. |
2010-01-10 | 18:48:01 |
To już trzecia nieprzespana noc. Sen niby jakiś był w moim wykonaniu, ale nie udało mi się usnąć dłużej niż na pół godziny. Jakoś nie widzę w tym niczego niezwykłego, ponieważ w przeszłości już mi się takie rzeczy zdarzały. Jednak jak by nie patrzeć, jest to pewien dyskomfort, bo sen nie tylko daje odpocząć neuronom, regeneruje organizm ale także za pomocą tzw. marzeń sennych pozwala śniącemu robić rzeczy, których zwykle robić nie ma okazji na jawie ;)) Nie histeryzuję z powodu braku snu i nie biorę tabletek nasennych. Mam je w zasięgu bo kiedyś kupiła je mama, gdy ona miała kłopoty ze snem. Wzięła tylko jedną tabletkę, bo jej kłopoty minęły szybko. Ale nie chcę się po prostu faszerować lekami. I tak już mam podrażniony żołądek. Nałykam się tabletek, kiszka się pogniewa i wtedy to dopiero sobie pośpię... Gdy miałem problemy z żołądkiem, zwykle wstawałem ok 2:30 w nocy i musiałem posiedzieć troszkę żeby w brzuchu poburczało i przestało mi wszystko podchodzić do gardła (co mnie właśnie budziło). Tak czy inaczej od rana chodzę trochę jak zombie. W zasadzie główna różnica dziś między mną a zombie polega na tym, że nie chodzę z rękami do przodu (jak n filmach) i nie jęczę czegoś w stylu "I want to eat your brain". Dzień mija szybko, ja sobie siedzę w kącie, przysypiam i marudzę coś do siebie (najczęściej: "nie chcę żadnej kawy"). Czekam na pierwszy mecz Pucharu Nrodów Afryki. Ma się niedługo zacząć. No i dziś kolejny finał WOŚP. Jeśli dorobię (heh) się dzieci, chcę by nigdy nie musiało korzystać ze sprzętu zakupionego z pieniędzy Orkiestry. Nie żebym miał coś do Orkiestry, ale chcę po prostu by mój dzieciak był zdrowy a w wieku 15 lat mówił że "mój stary jest zajebisty" ;) Tak czy inaczej - szacunek dla organizatorów Orkiestry. Nawet jak trochę grosza wpadnie do ich kieszeni to i tak słowa uznania. Pomyśleć ile dzieciaków zawdzięcza im życie... Oczywiście znaleźli się i tacy, którym się to nie podoba. Chodzi mi o nawiedzonych wyznawców Toruńskiej Ośmiornicy. Uważają że to Państwo ma obowiązek kupować sprzęt dla szpitali. Przepraszam, co ?? Państwo ?? To, którego dług na mieszkańca wynosi 17.603 zł ?? Aa, skoro mówimy o pieniądzach to niech powiedzą ile kosztowała limuzyna Rydzyka oraz podróże klasą biznesową do USA. Ale łatwiej opluć kogoś innego. Wkurzyłem się bo ciężko wchodzi mi literka "a" z klawiatury, dość mocno muszę przyciskać, by litera się pojawiła. Chyba czas wyczyścić klawiaturę. Zaczęło się to wczoraj gdy chciałem wieczorem skrobnąć coś tu. Zajmę się tym jutro. Jutro poniedziałek. Znów ruszam w miasto w poszukiwaniu pracy. Po prostu chcę się tu czegoś uczciwie dorobić. Oczywiście mógłbym kraść ale po co ?? Poważnie wkurza mnie ten klawisz. Na złość, jak by nie mógł się zaciąć Caps Lock, którego nie używam. Ale nie, musiał się zaciąć klawisz ważniejszy. Szkoda kupować nową. Może to czyszczenie coś da.
skomentuj | (0)
|
Dziewiąty. |
2010-01-09 | 19:52:02 |
Piątki i soboty to moje ulubione dni tygodnia. Kontrastuje z nimi niedziela, której nigdy nie lubiłem. Najpierw za czasów szkolnych niedziela oznaczała oczekiwanie na poniedziałek a wieczorem - odrabianie na siłe lekcji. Teraz gdy czasy szkoły się skończyły niedziela oznacza bezgraniczną pustkę. Zawsze w ten dzień zamykam się w pokoju i opuszczam go tylko idąc do kuchni lub łazienki. Niebawem rozpocznę studenckie życie, lecz wciąz nie wiem jakie studia wybrać: dzienne czy zaoczne. Co do kierunku wiem jedno - coś związane z komputerami. Do niczego innego się nie nadaję (a po dostaniu się na studia zobaczę czy nadaję się na ten kierunek, który sobie obrałem). Dobija mnie ta zima. Może nie sama zima ale jej intensywnośc i złosliwość. Znów nie przespałem nocy i nie wiem z czym to się wiąże. Wczoraj wieczorem nie rozmyślałem jak to czasem robię, więc głowę teoretycznie miałem uwolniuoną od ponurych wniosków jakie zwykle wyciągam. Zobaczymy jak dziś uda mi się spać. Po przebudzeniu się rano od razu udałem się na poranną toaletę. Po niej wyszedłem zrobić zakupy. Następnie zostałem jednogłośnie przez mamę wytypowany do usunięcia lodu z balkonu i położenia na posadzce czegoś co pozwoli uniknąć wizyt u ortopedy i stomatologa. Oczywiście z nieskrywaną radością się za to zabrałem... Później wyjście do babci. Chodniki to istna tragedia. Czasem tylko trafiało się na odśnieżone odcinki. Chyba szpital ma za mało pacjentów i dogadał się z ZUM-em żeby ci nie odśnieżali wszystkich chodników "bo nie będziemy mieli co robić a zapasy gipsu zalegają w magazynie". Babcia wysłała mnie na targowicę po mięso, jakieś warzywa... Zresztą sam bym nie pozwolił jej iść. Ślisko na chodnikach. Lepiej żebym to ja się połamał. Babcia swoje lata ma. Dostałem pieniądze żeby jechać autobusem na targ i spowrotem (bo to spory kawałek z jej osiedla), ale zrobiłem się ostatnio na tyle gospodarny, że poszedłem piechotą w obie strony klnąc na chodniki i gile z nosa... Cała eskapada zajęła mi nieco mniej niż 2 godziny. Po powrocie napiliśmysię gorącej herbaty debatując o polskiej polityce. Wracając spowrotem od babci do domu, kupiłem duże piwo za pieniądze na bilety. Rzadko ogladam siatkówkę w TV, ale gdy gra drużyna z mojego miasta, staram się być zawsze. Tak też było dziś. Traf chciał, że gralismy z druzyną zajmująca 1. miejsce w tabeli. Przegrana 2-3 w setach to żadna ujma. W takim stylu porażka to jak nie porażka (a 2 ugrane sety to zawsze 1 punkcik :)). Brawo za walkę do samego końca, tak dobrego meczu nie oglądałem już dawno. Teraz nie pozostaje mi nic innego jak tylko obejrzeć znaleziony na YouTube koncert Queen z Budapesztu z 1986. Miałem niecały miesiąc jak ten koncert grali :) Podobno niektóre mecze w Lidze Angielskiej zostały odwołane. Gdy to usłyszałem, wkurzyłem się. Akurat jeden z moich meczów jest odwołany a mi teraz jest pieniądz bardzo potrzebny. Za to jutro rozpoczyna się Puchar Narodów Afryki. Ciekawe jak wyjaśni się sprawa tej strzelaniny (a konkretnie ostrzelania autobusu z reprezentacją Togo, gdzie gra m.in Adebayor z Man. City). Ingerencja polityki w sport to najgorsze co może być. Sport powinien łączyć a nie dzielić. Ludzie chyba muszą jeszcze do pewnych spraw dorosnąć.
skomentuj | (0)
|
Ósmy. |
2010-01-08 | 19:04:34 |
Dziś po prostu nie jest mój dzień. Pamiętam doskonale jak w zeszłym roku (zwłaszcza pod jego koniec) stale sobie powtarzałem że od nowego roku przestanę się denerwować, brać tak wszystko do siebie. Chyba będe potrzebował więcej czasu by trenować nad swoimi emocjami. Nie wybucham jak granat lub ruska mina przeciwpiechotna, ataków szału nie mam, ale potrafię się mocno wkurzyć gdy coś idzie nie po mojej myśli. Dzień rozpocząłem tuż po 2:40 rano. Nie jest to normalna pora i dobrze o tym wiem. Po prostu nie mogłem usnąć. Właczyłem sobie po cichu radio w telefonie i tak leżałem do 5:30 gdy nagle usnąłem z telefonem w ręku. Zbudziłem się ok 7:00, gdy było już widno. Nie wiem skąd te problemy ze snem, dużo myślałem wczorajszego wieczoru. Chyba od tego natłoku myśli nagle odechciało mi się spać. Rano ledwo zjadłem dwie chude kanapki popijając niepełną szklanką herbaty. W lustrze zobaczyłem ciemnowłose zombie z dziurą w twarzy (dziura zniknęła gdy zombie przestało ziewać). Nic, tylko wskoczyć do wanny i zaserwować sobie zimny prysznic. I tak tez zrobiłem. Troche mnie to rozbudziło. Dopiłem herbtę, zrobiłem kolejne dwie kanapki i połknąłem tabletkę przeciwbólową. Wkrótce po tym, jak wyschły mi włosy, wyszedłem na miasto. Popytałem się w kilku miejscach czy nie potrzebują nikogo do pracy. Zajrzałem tez do Urzędu Pracy. Na parterze jest lista dostępnych odert stażów, aktualizowana codziennie. Niestety nic tam dla mnie nie ma. Zdegustowany wróciłem do domu. Postanowiłem wysprzatac sobie pokój, zmyc podłogę, przetrzeć półki z kurzu... Gdy później siadłem do komputera, dostałem od kolegi link do YouTube'a. Zwykle dostaje od niego jakieś piosenki. Czasem teledyski, czasem tylko sam filmik z tekstem i podkładem muzycznym. Otworzyłem i to co zobaczyłem sprawiło że zdębiałem. Otóż największy przebój Nirvany został sprofanowany przez jakąs jasnowłosą pizdę. Mam nadzieję że to tylko jakiś ponury żart. Lady GaGa ?? Kto to kurwa jest ?? Aaa, wiem !! To jedna z tych współczesnych "gwiazdek", która takim Gwiazdom, jak Axel Rose, Bono czy Świętej Pamięci Freddie Mercury; może polerować buty (jeśli do nich dosięgnie). Kto za rok będzie pamiętać jakieś "Poker Face" ?? Tacy "artyści" nie mogą długo przetrwać, bo własne środowisko, które ichwychowało, pożera je, wyznaczając nowe trendy, których trzeba się koniecznie trzymac by być na TOP'ie. Queen nagrali Bohemian Rhapsody, We Will Rock You (o We Are The Champions) w latach 70-tych i te piosenki są pamiętane do dziś i będa pamietane jeszcze dłuugo. Muzyka z tamtych lat ma w sobie po prostu to "coś", czego wielu dzisiejszym "artystom" brakuje i czego nigdy nie będą mieli. W moim subiektywnym do szpiku kości odczuciu, muzyka a właściwie jej jakość przechodzi mocny kryzys. Wszechobecna komercja wymusza nowe zasady "zabawy" a kolejni pseudowykonawcy doskonale wkomponowują się w to sfermentowane tło. Nie powiem, że dawniej pieniądze nie grały w tym biznesie roli, bo grały. Ale wydaje mi sie że dawniej w tworzenie muzyki wkładano więcej pasji. Osobiście zazdroszczę ludziom, którzy mają obecnie po 35 lat. Ale nie zazdroszczę wieku, a muzyki, jaka im towarzyszyła gdy dorastali. Na dyskotekach grano piosenki Pet Shop Boys, Modern Talking (szczególnie popularni w latach 80-tych), na topie były wtedy takie zespoły jak Queen, Guns N Roses, The Rolling Stones, Iron Maiden, Metallica, Nirvana (założona pod koniec lat 80-tych) czy Michael Jackson; wciąż ciepło wspominano The Beatles, Jimiego Hendrixa (zmarłego na początku lat 70-tych). Owszem zdarzali się wykonawcy średni lub mocno średni, ale tamta muzyka pomimo upływu czasu nie starzeje się. Teraz takich wykonawców jest niewiele. Świat poszedł do przodu, ale jeśli chodzi o muzykę, za bardzo do przodu. Czasem boję się przejrzeć kanały muzyczne w obawie że trafię na idolów współczesnych młodych. Albo trafię na czarnego buraka w krowim łańcuchu, szczekającego jak pies z zatwardzeniem, albo na jakąś wytapetowaną sexbombę której dupa mało z zawiasów nie wypadnie. Nie mówię że wszyscy dzisiejsi wykonawcy są do niczego. Znajdzie się mnóstwo zespołów, które też z pewnością odcisną piętno na karcie historii muzyki i będą pamiętani jeszcze przez długie lata. Teraz spędzę kolejny wieczór przed monitorem. Pocieszam się faktem, że pewne sprawy są coraz dalej ode mnie. Chyba powoli mija u mnie czas rozpamiętywania. Jeszcze tylko troche i opuszczę na to cieżką kurtynę zapomnienia :)) Trzymam kciuki by tak było. Jeszcze tyle razy będę się w życiu cieszyć, tyle razy się zawiodę... Ta ponura przeszłość już nie będzie miała znaczenia. Teraźniejszość będzie najważniejsza, druga w kolejności będzie przyszłość. Uda mi się, wiem to :)
skomentuj | (0)
|
Siódmy. |
2010-01-07 | 21:02:19 |
Podobno gdy coś boli to znaczy że to coś jest. Tak więc mogę powiedzieć że... mam od rana głowę. To trochę idiotyczne bo głowę widzi się np. w lustrze, przy odbiciu cienia. W każdym razie głowa bolała mnie od rana. Nie było to nic przyjemnego, zresztą ból głowy do takich rzeczy nie należał nigdy. Musiałem przede wszystkim uważać, by nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Gdy się zapomniałem po chwili głowa zaczynała pulsować, jak by zaraz miała wybuchnąć. Postanowiłem jdnak, że nie będę brał tabletek przeciwbólowych. W ogóle wstałem dość wcześnie, właśnie przez ten bół głowy. Chyba na dobre przestałem ogladać serwisy informacyjne. Powiedziałem sobie że nie będę się niepotrzebnie denerwować. A ja mam to do siebie że nie potrafię przejśc obojętnie wobec głupiego serwisu informacyjnego. Gdy widzę przejaw ludzkiej głupoty, od razu się denerwuję. Musze się nauczyć takie rzeczy ignorować. Zima za oknem nie nastawiała mnie optymistycznie, lecz wiedziałem, że nie uniknę wyjścia i to długiego. Chęc znalezienia pracy powoli staje się moją obsesją i mimo silnego bólu głowy myślałem tylko o tym. I jutro tez tam pójdę. Będę nękać tych przeklętych urzędasów. I jak tu się dorobić uczciwie dużych pieniędzy w tym kraju ?? Pomimo szczerych chęci nie ma ku temu możliwości. W zeszłym roku przez długi czas działaliśmy z kolegą jako serwis komputerowy na telefon. I jak się nietrudno domyślić - nie wyszło. Na początku wszystko wydawało się takie proste. On rejestruje działalność, ja pisze strone i drukuje ulotki (7,5 tyś), we dwóch je roznosimy po mieście i tylko czekamy na klientów i łatwe pieniądze. Rzeczywistośc okazała sie inna. Zostało rozczarowanie. Po odwiedzeniu urzędów i kilku innych miejsc, wróciłem do domu i zabrałem sie za lepienie pierogów. Farsz z kapusty i mięsa był gotowy, wystarczyło to wszystko połaczyć w całość i ugotować. Cieszę się że pierogi, jako kolejna potrawa, wychodzą mi nawet nieźle. W końcu nadejdzie taki czas że przestanę mieszkać z rodzicami. Jakos sobie będę musiał sam radzić, tak samo w sferze kulinarnej. I wiem że sobie poradzę. Po zjedzeniu pierogów nadszedl czas na wyjście. Odezwał się kolega z którym się nie widziałem od dłuższego czasu. Wyjście i szczera rozmowa trochę pomogła w wyzbyciu się bólu głowy. To chyba normalne że człowiek potrzebuje takich wyjść, nie z każdym może szczerze rozmawiać. By taką rozmowę toczyć, trzeba komuś ufać. Nie wyjawisz byle komu rzeczy, która gryzie od dłuższego czasu i z którą sobie nie radzisz. Zastanawiam się nad potęgą liczb. Nie mam tu na myśli matematyki, lecz zagadnień z dziedziny astrologii i numerologii. Jestem mocno sceptyczny w tej sferze. I chyba nigdy bym się nie zdecydował na to, by pójśc do wróżki. Z jednej strony sceptycyzm ale z drugiej strony strach. Gdyby z kart wyszło, że zachoruje i umrę ?? Wolałbym chyba żyć w nieświadomości i odejśc nagle, bez ostrzeżenia. Może dla mnie było by to najlepsze wyjście, ale czy dla najbliższych też ?? Jakoś nigdy nie mogłem wyrobić w sobie nawyku myśłenia tylko o sobie. Zawsze myślę o tych najbliższych osobach. Gdyby istniało zagrożenie mojego życia, nie wiem jak bym im o tym powiedział. Niby najlepiej prosto z mostu, ale byłby to dla nich cios, tak jak dla mnie zresztą. Gdybym widział ich cierpienie... W całej tej sytuacji pozytywem jest niewątpliwie to, że nie jestem nikim sławnym. Nie chce być. Nie będą płakac po mnie tłumy, jak po gwieździe rocka czy znanym aktorze. Ale ja i tak jestem sceptyczny, więc czym się przejmuję ?? Coś (i chyba nawet ktoś) jest mi pisane i żadne wróżby nie mogą tego spokojnego toku wydarzeń zakłocić. Sceptyczny jestem i sceptyczny pozostanę...
skomentuj | (0)
|
Szósty. |
2010-01-06 | 19:33:22 |
Gdy jakaś piosenka wejdzie w głowię - nie ma na nią mocnych. Już wielokrotnie miałem do czynienia z takimi przypadkami, gdy w głowie szumiały akordy jakiejś piosenki, nie pozwalając na koncentrację. Zastanawiające jest to, że nigdy po głowie nie chodzi mi tekst ani linia perkusyjna, ale sama linia melodyczna. Chyba najbardziej pamiętny przypadek takiej ingerencji piosenki w umysł miał miejsce w zeszłym roku w połowie czerwca. Traf chciał, że 15 oraz 16 czerwca miałem egzaminy na technika. Dzień przed pierwszym egzaminem postanowiłem odpocząć od nauki by uzwojenie pierwotne i wtórne mózgu chociaż trochę ostygło :) Postanowiłem pogrzebać głęboko w trzewiach YouTube'a. Trafiłem na teledysk do "Smells Like Teen Spirit" Nirvany i zwariowałem... Refren szumiał w głowie gdy w tamtą niedzielę szedłem spać. Refren gwizdałem gdy zakładałem rano krawat szykując się na egzamin. Palcami bębniłem w ławkę gdy inni skupieni ze strachem w oczach przeglądali arkusze egzaminacyjne. Szaleństwo potrwało jeszcze 2 dni. Od wczoraj w mojej głowie tunel ryje piosenka Iron Maiden - Age Of Innocence. I ta piosenka grała w mojej głowie gdy rano budziłem się trzęsąc z zimna. Widok za oknem sprawiał że patrząc na ciepłe łózko momentalnie mi robiło się cieplej, ale nie ma przebacz - wstałem to wstałem. Po zjedzeniu śniadania szybko wykonałem poranną toaletę. Dłużej tylko musiałem posiedzieć ze względu na suszące się włosy. Po przejrzeniu "obowiązkowych" portali ruszyłem w miasto. Śnieg wykazał się większym sprytem ode mnie i gdy ja szedłem w jedną stronę, padał tak, że lądował w kapturze mojej bluzy. Gdy szedłem w drugą stronę - to samo. Kilka dni temu moja kablówka wycięła mi bardzo brzydki numer. Do 31 grudnia w tym "naj wypas" pakiecie miałem Polsat Sport oraz Polat Sport Extra. Nagle bez ostrzeżenia te programy zostały zastąpione. I nie ma się co oszukiwać - kanały, które dali w zamian są dużo gorsze niż tamte. Podobno Vectra (kablówka) nie dogadała się z Polsatem odnośnie odostępniania tych kanałów. Jak zwykle sprawa idzie o kasę a cierpią klienci. W dodatku od lutego kablówka drożeje. Pierwszym celem mojej wyprawy było biuro dawnej kablówki, która w sierpniu brutalnie zamknięto. Potrzebowałem faktury za Internet by można go było odliczyć od podatku. Drugim celem było centrum Handlowe. Rodziców coś wczoraj napadło, by iść i zobaczyć jak to sytuacja wyglada z Cyfrowym Polsatem. Przyniosłem ulotki, właśnie się nad nimi kłócą. Nie mój cyrk, nie moje małpy. Telewizję ogladam gdy jest coś co mnie zainteresuje (czyt. prawie wcale lub przynajmniej bardzo rzadko). Na koniec udałem się do babci. Zrobiłem porządek w piwnicy i przymocowałem karnisz, który "nieco sie obluzował". Po powrocie do domu niemiła niespodzianka. Na obuad miał byc krupnik, a ja jako stanowczy przeciwnik krupniku musiałem podjąc drastyczne kroki. Ugotowałem sobie zupe ogórkową :) I nawet mi wyszła co mnie ucieszyło. Na podwieczorek obejrzałem skoki narcierskie. Już jako mały berbeć lubiłem skoki. Podczas olimpiady w Alberville w 1992 roku z zapartym tchem śledziłem skoki narciarskie oraz kombinację norweską. Obecnie zainteresowanie nieco spadło, ale i tak gdy tylko mogę, ogladam zmagania skoczków. Czuję się czasem jak taki wolno rosnący kwiat, którego nikt nie podlewa. Nikt poza deszczem, ale deszcz podlewa bo musi. Nie może padać obok niego. Nikt tego kwiatka nie zdepcze, nie wyrwie z korzeniami, nie podleje, dłużej na niego nie spojrzy, nie powie że jest ładny czy ochydny. Czasem go tylko ktoś powącha ale tylko przez chwilę by ostatecznie wybrać jakiś inny kwiat, który często jest zwykłym chwastem. Ten kwiat jest, ale go nie ma. Czasem się tak idiotycznie czuję. Byłbym zapomniał, że dziś "Trzech Króli". Za rok ma być to dzień wolny od pracy. Podobno stosowna ustawa jest już tworzona. Niebawem też kolęda. Znów dewotki z mojego bloku będą latac po schodach z prędkością bolidu F1. Ludziom sie przewraca w głowie. Ktoś na starośc nagle robi się wielce religijny i myśli, że to go zbawi. Jestem sceptyczny jeśli chodzi o życie pozagrobowe itd. Uwierzę jak zobaczę. Ale gdyby miało faktycznie dojść do jakiegoś sądu ostatecznego, nie sądze że ilośc modlitw na godzinę czy łaczny czas pobytu w kościele miał jakie kolwiek znaczenie. Ktoś może chodzić do kościoła ale być wrednym sukinsynem. Znam takie przypadki aż za dobrze. Ja nie chodzę do kościoła. Tak, kiedyś chodziłem. Nie regularnie ale raz na jakiś czas. Przestałem gdy podczas kazania pouczono zgromadzonych "żeby głosować na Prawo i Sprawiedliwośc w nadchodzących wyborach (2005)". Age Of Innocence...
skomentuj | (0)
|
Piąty. |
2010-01-05 | 18:45:34 |
Dokładnie rok temu wstałem rano niezwykle podniecony i przejęty nową pracą, która miała się okazać kompletnym niewypałem. Był to chyba "dobry" prognostyk na nadchodzący rok, który z małymi wyjątkami zionął pustką, nudą i beznadzieją. Ciekawe czy sprawy potoczyły by się inaczej, gdybym miał totalnie "wylane" na tę posadę ?? Czasem wydaje mi się że im bardziej do czegoś dążę, tym gorzej się to kończy a ja pozostaję w punkcie wyjścia. Może to tylko moje głupie myślenie. Zbyt subiektywne kojarzenie faktów i wyrywcze wyciąganie wniosków. Chociaż gdyby tak na prawdę było ?? Dziś obudziłem się przed 7:00. Od razu właczyłem telewizor i przez chwilę leżałem. Czekałem aż wybije 7:00. Nie oglądałem żadnego serwisu informacyjnego. Już wiem co by było gdybym tylko przełączył na TVN24, TVP Info lub Superstację. Mam już dość jawnego kompromitowania się polskich polityków w tzw. Komisjach Śledczych. "Kończ Waść, wstydu oszczędź". Gdyby takie głupoty nie wyprowadzały by mnie z równowagi mógłbym kupić w Biedronce paczkę gotowego Pop-Corn'u za 1,99 zł, rozsiąść się wfotelu i podziwiać ten pseudo-polityczny cyrk. Co dzień te same małpy, ciekawe czyna widok banana będą szczerzyć zęby... Zresztą nie tylko w kraju nasi rządzący potrafią zrobić z siebie pośmiewisko. Dwóch pijanych szlało Melexem po jakimś kurorcie, innego z kolei "Niemcy bili" na pokładzie samolotu a jeszcze inni pokłócili się o samolot. W ostatnim przypadku jeden z "chętnych do odbycia lotu" powinien lepiej zapoznać się z tekstem Konstytucji :) Po zjedzeniu śniadania wyszedłem około 8:15. W Urzędzie ludzi kupa. Byłem tu wczoraj ale jedna rzecz mnie nurtowała i musiałem się spytać, a chciałem unikać dowiadywania się w informacji przez telefon. Gdy uzyskałem potrzebne informacje, wróciłem do domu. Postanowiłem dokończyć ksiązkę. Jako, że zostało mi ok. 40 stron, wziąłem się do czytania. Zakończenie mnie mocno rozczarowało, bo okazuje się że ksiązka urywa się nagle i bez ostrzeżenia. Tak jak by w filmie odbywała się jakaś scena a tu nagle od dołu chamsko wjechały na ekran napisy końcowe. Po skończeniu czytania wziąłem sie trochę za prace domowe. Posegregowałem pranie i pozmywałem naczynia. Żeby dopełnić dzieła, nasypałem cukru do cukierniczki, ale zagapiłem się za okno i sporo cukru wylądowało na kredensie. Zacisnąłem zeby i posprzątałem. Postanowiłem że spróbuję kolejny raz szczęścia w zakładach bukmacherskich. Właczyłem komputer i poszukałem meczów na weekend. Przy okazji analizowałem tabele, wyniki i inne takie. Pociłem się nad tym godzinę. Wreszcie uradowany poszedłem do punktu oddalonego od domu o około kilometr. Na miejscu okazało sie że numeracja w Internecie jest nieprawidłowa i musiałem na miejscu spisać właściwą numerację. Całe szczęście, że zapamiętałem jakie mecze chcę obstawić. Po powrocie do domu pokroiłem surówkę na obiad i oskrobałem ziemniaki. Jest wieczór. Kolejny długi styczniowy wieczór, idealny na przemyślenia. Na mysli typu "czemu teraz jestem akurat tu a nie z kimś komu na mnie zależy". Jako że zawsze lubiłem czarny humor, odpowiem krótko: bo takiego kogoś nie ma :) Ale ta odpowiedź mnie nie satysfakcjonuje. Chyba na nowo odnalazłem radośc w pisaniu. Nie żebym skakał z radości na myśl o odwiedzeniu bloga. Nie. To radość z możliwości napisania czegoś co jest wewnątrz mnie. Żeby z kimś pogadać, muszę się zdrowo nastukać (w klawisze oczywiście:). Moje otoczenie ubogie jest w osoby z którymi chętnie rozmawiam. Nie potrafię się z każdym dogadać. By podtrzymać rozmowę z jednym osobnikiem, musze gadać tak jak on, bo gdy zaczne mówić po swojemu, on totalnie straciwątek i chęć do rozmowy. Dobrze rozmawia mi się tylko z tymi, którzy wiedzą o co mi chodzi i gadają podobnie do mnie. Idc tym tokiem myslenia, najlepiej by mi się rozmawiało z własnym klonem... Ale światu już wystarczy jeden taki jak ja :)
skomentuj | (1)
|
Czwarty. |
2010-01-04 | 18:42:42 |
Tak na prawdę pierwszy tydzień nowego roku rozpoczął się właśnie dziś. Zeszła namiastka tygodnia miała na celu wyleczenie posylwestrowego kaca. Dopiero dziś brutalnie starliśmy się z rzeczywistością. Sam doświadczyłem takiego właśnie starcia. Ale po kolei. Promienie słońca już wczesnym rankiem nieproszone wpadły z wizytą do mojego pokoju. Musze kiedys zebrać się w sobie i kupić te montowane na oknach rolety. Ale może to i lepiej że się zbudziłem... Gdybym miał możliwośc spania kolejne pół godziny, a nawet godzinę, pewnie pijawił by się u mnie ból głowy. Czasem okna wychodzące na wschód są zbawieniem a czasem przekleństwem. Najgorzej jest w lato gdy nadchodzi niedziela. Szybko uświadomiłem sobie że wygramolenie się z ciepłego łózka będzie dość trudne. Dziś poważne wyjście na miasto. Układałem sobie wczoraj wieczorem plan w głowie, ogladając na Disciovery World film dokumentalny o jednym z tych amerykańskich seryjnych morderców. Ramirez (tak brzmiało jego nazwisko) wciąz czeka na wykonanie wyroku śmierci i wciąż pieniądze podatników ida na jego utrzymanie. Miałem dziś odwiedzić Urząd Pracy, sklepy z butemi (rekompensata za sobotnią "porażkę"), babcię i jeszcze zrobić sobie zakupy w Tesco. Jadłem śniadanie z telewizorem a konkretnie z Discovery World. Akurat był jakiś program o II Wojnie Swiatowej. Po sniadaniu zmusiłem sie do ogolenia się. Nienawidze tego... Tydzień tem u na targu kupiłem sobie golf. Zwykły dwukolorowy golf taki do chodzenia po domu. Często odwiedzam targ kupując takie "domowe rzeczy". Głupotą uważam wydawanie grubych pieniędzy za coś co ma tylko grzać w szyję i nie spełniać żadnej roli dekoracyjnej. Golf ten bardzo polubiłem (i on mnie chyba też ;)) Krótko po 9:15 wyszedłem z domu. Przyznam że nie było az tak zimno, jakprzypuszczałem ale co najważniejsze - nie było ślisko na chodnikach. W tamten poniedziałek o mały włos a bym wybił zęby na schodach prowadzących od mojego bloku do skrzyżowania.W Urzędzie nóstwo ludzi. Czekałem prawie 20 minut tylko po to, by usłyszeć "brak nowychofert stażowych". Patrz i płacz. Chcesz uczciwie zarobić ale się nie da. W drodze powrotnej odwiedziłem sklepy z obuwiem. I tu pozytywne zaskoczenie - są buty takie jak chcę i nawet w tym przeklętym rozmiarze (46). Dało mi to jakiś komfort. Zacznę teraz kolekcjonować róznego "formatu" nominały banknotów oraz bilonu. Zima podobno ma postraszyć a ja nie chcę się rozchorować przez przemoczone buty. Ostatecznie nie poszedłem do babci. Mam iść w środę. W domu czekała na mnie świerzutka gazeta. Na stronie 12 w ofertach pracy znalazłem ogłoszenie "zatrudnię 2 osoby ze średnim wykształceniem na pełny etet (podany numer telefonu)". Zadzwoniłem i miły Kobiecy głos poinformował że "na poczcie głosowej nie można już zostawić wiadomości, jest przepełniona". I tak bym nie zostawił. Wyszedłem jeszcze po zakupy. Kupiłem sobie kilka drobiazgów oraz herbate Minutkę Earl Grey. Rodzice jej nie lubią więc mam pewnośc że nie będą mi podbierać. Po powrocie sprzątnąłem pokój a po 14 siadłem do lektury 4 tomu "Przygód Dobrego Wojaka Szwejka". Ten to dopiero miał pecha. Przebrał się ot tak sobie w rosyjski mundur i został złapany jako zbiegły jeniec. Teraz ma zostać sądzony przez sąd wojenny. Reszta popołudnia to rozważania na rózne tematy mniej lub bardziej przyziemne. Chyba brakuje mi jakiejś witaminy z grupy B. Wnioskuje po tym, że straszną mam chęc na drożdże. Zjadłem pół opakowania (drugie pół na jutro). Zaraz poszukam w Internecie jaka to witamina i co jeszcze ją zawiera. Jutro wtorek. Ciekawe w jakim nastroju będe za ok. 24 godziny. Ale teraz o tym nie myślę. Stworzyłem w WinAmpie listę "TOP66" (czyli ulubione obecnie piosenki) i teraz będe się nią delektować jak dobrym francuskim winem. Na zdrowie !!
skomentuj | (0)
|
Trzeci. |
2010-01-03 | 20:18:11 |
Pierwsza niedziela tego roku nie obyła się bez komicznego i może nieco złosliwego wydarzenia. Ale od początku... Dość wcześnie bo ok 7:20 otworzyłem oczy. Usnąłem wczoraj na prawym boku mając głowę wysoko a obudziłem się na jednej poduszce przykryty drugą :) Uśmiechnąłem się sam do siebie i chwyciłem telefon by sprawdzić czy nikt aby nie dzwonił. Pomyślałem że nie będę się ruszać z ciepłego łóżka. Jako że chciałem z własnej, nie przymuszonej woli spokojnie (i ponownie) przeczytać 2 Tom "Przygód Dobrego Wojaka Szwejka" niemal od razu, na czczo zabrałem się za czytanie. Co chwila ziewałem a w oczach miałem jeszcze "śpiochy". Kilka razy nawet się przeciągnąłem. Tkwiłem w bezruchu do ok. 9:00. Wtedy to wstałem i zdecydowałem się zjeśc śniadanie. Spojrzałem na spis treści i gdy zobaczyłem że do końca rozdziału zostały 4 strony, dokończyłem rozdział. Wiatr nie pozwolił na rozegranie wczoraj kwalifikacji do 3 Konkursu skokw w Turnieju 4 Skoczni. Zostały one przeniesione na dziś na 12:00, ale jak grom z jasnego nieba spadła na mnie informacja że i dziś konkurs może nie zostać rozegrany. Zasiadłem do komputera i właczyłem Risen - grę, którą nie dawno wypatrzyłem. Typowy RPG, łudząco podobny do Gothic III. Zresztą ci sami ludzie go tworzyli :) Około 12:00 zorientowałem sie że jednak kwalifikacje się odbędą. Ale postanowiłem że obejrzę dopiero konkurs. Nie potrafię ogarnąć jednej rzeczy. Technika z roku na rok coraz bardziej idzie do przodu. A wciąż nie ma na świecie ani jednej krytej skoczni. Nie da się ?? W Tokyo jest kryty stok narciarski o długości ok 450m. Wystarczy trochę dobrej woli, kilka nieprzespanych nocy panów od projektu, kilkadziesiąt milionów Euro i skocznia gotowa. Skoro kraje UE (i nie tylko) pompują grube miliony w bezsensowny konflikt zbrojny na Bliskim Wschodzie, to chyba świat by się nie zawalił, gdyby częśc finansów przeznaczyli na sport. Ogólnie konkurs przebiegał bez przeszkód. Została najlepsza 5 skoczków w serii finałowej gdy nagle zgasły światła... Złośliwość, bo przecież mogło zgasnąć za 15 minut. Wyszedłem na klatkę schodową i zorientowałem się że na sąsiadnim osiedlu prąd jest. Okna z mojego mieszkania wychodzą niemal idealnie na wschód, więc musiałem wyjśc na klatke by zobaczyć co się dzieje po drugiej stronie. Często tam przesiaduję gdy w lato śledze burze idące z zachodu. Po około 30 minutach (kilka minut po 16) energia wróciła. Postanowiłem wtedy znów zaprosić ksiązkę do łóżka. Pochłonąłem kolejny rozdział i włączyłem komputer. Siedzę przy nim dopiero od 35 minut. Wcześniej leżałem przegladając program telewizyjny na najbliższe dni. Dokąd zmierzasz telewizjo... Jutro "wreszcie" poniedziałek. Rano wstane i się ogolę. Nienawidze tego. Akurat 3-dniowy zarost mógłbym nosić stale. Wyjdę z domu, przemocze buty ale liczę że załatwię sprawę, którą załatwić chcę. Chciałbym zachować żelazną konsekwencję w kwestii pisania.
skomentuj | (0)
|
Drugi. |
2010-01-02 | 18:51:06 |
Słowa, które wczoraj pisałem nie stworzyły jakiejś spójni. Straszny chaos wkradł się w te moje wypociny. Pewnie miało na taki stan rzeczy wpływ piwo, które wczoraj wieczorem spozywałem. Drażni mnie fakt, że nie zawsze "wskoczy" mi polski znak podczas pisania. Mimo wielu prób, nie zdołałem do tej pory posiąść sztuki bezwzrokowego pisania. Potrafię za to obudzić rodziców w sąsiadnim pokoju stukając w klawisze. Osoby odpowiedzialne za ratowanie mnie z wieczornej nudy wczoraj spełniły swoje zadanie wzorowo. Sms'y oraz rozmowy na GG w połączeniu ze spożytym piwem, sprawiły, że pierwszy wieczór tego 2010 roku nie był taki zły, jak się zapowiadał. Dziś wstałem wcześnie rano. Nie musiałem, ale chciałem. Mam ostatnio taki nawyk, że produkty na śniadanie kupuję sobie sam. Ale to co zobaczyłem w sklepach przeszło moje najśmielsze oczekiwania. 73-tysięczne miasto i w sklepach nie ma mleka ani jajek. A chciałem koniecznie zjeść jajecznicę i wypić kubek kakao. Poczułem się troche tak, jak za komuny, gdy stało się w kolejkach gdy nagle ni z gruchy ni z pietruchy "rzucili mięso na sklep". Jako rocznik 1986 (popromienny ;)) miałem wątpliwą przyjemność stawiać pierwsze kroki jeszcze przed transformacją ustrojową. Do dziś pamietam że jedna osoba mogła kupić tylko kilogram cukru. Więc mama brała mnie, wówczas 2-letniego bobasa, na zakupy i stawiała przed soba w kolejce. Ekspedientka doskonale wiedziała że jestem z mamą, ale aby sprzedać kilogram cukru musiała być osoba. Nie sięgałem głową do lady. Sprzedawczyni widziała zapewne czubek czarnej dziecięcej główki i rączkę z odliczoną kwotą pieniędzy. Chciałbym zobaczyć to na zdjęciu :) Ostatecznie zrezygnowałem z jajecznicy i mleka. Zjadłem na śniadanie kanapki z wędliną pisząc przy okazji sms'y z bliską Osobą, która akurat brała udział w fali powrotów do domu. Nieco po 10-ej wyszedłem na dwór. Najpierw wypłaciłem 120 zł, które wygrałem w Multi-Multi a później ruszyłem w bój (w poszukiwaniu otwartego sklepu z butami). Pisałem wciąz sms'y, mimo ujemnej temperatury ręce mi wcale nie zmarzły. To wyjście okazało się porażką, wszystko pozamykane. Wróciłem do domu i rozpocząłem czytanie 3 rozdziału Biografii Freddy'ego Mercury'ego. Później chciałem obejrzeć kwalifikacje do konkursu skoków w Insbrucku, ale okazało sie że je odwołano. Zabrałem sie więc za czytanie 2 Tomu "Przygód Dobrego Wojaka Szwejka". Co prawda czytałem już, ale można powiedzieć że przez 2 tom przeleciałem szybciej niż bolid F1. Akurat po skończeniu rozdziału, dostałem sms'a. Potrzebna była pomoc bliskiej mi osobie, a konkretnie sprawdzenie czy jest jakiś autobus. Chyba każdy nawet w połowie rozdziału rzucił by wszystko i zasiadł do komputera :) Zostałem już do teraz przed komputerem. Kolejny raz zakpił los. Tym razem w kwestii czysto bukmacherskiej. Na 4 obstawione mecze w FA Cup, nie weszły dwa. W sumie mogło być gorzej. Miałem ogladac "Nagą Broń" ale znamte część na pamięć. Zapewne przesiedze tu do 22. I tym sposobem 1/182 roku już prawie za mną.
skomentuj | (2)
|
Pierwszy |
2010-01-01 | 19:08:16 |
19 godzin temu rozpocząłem nowy rozdział swojego życia. Samo rozpoczęcie pozostawiać może wiele do życzenia., ale przywykłem do tego i prawde mówiąc, nie zdziwiło mnie to. Od kilku lat gdy nadchodzi pierwszy dzień stycznia, jakoś nie mogę się dostosować do tej Noworocznej sytuacji. Mam wtedy wrażenie że wszystko dzieje się za szybko. Kolejny Nowy Rok bez kaca. Sam nie wiem czy się z tego powodu cieszyć, czy żałować. Osoby, z którymi najchętniej spędziłbym Sylwestra, są daleko stąd i z mojego punktu widzenia, nie było najmniejszych szans by z nimi pożegnać kolejny nie trafiony rok. Są i pewnie pozostanę daleko poza zasięgiem. Nie pociesza mnie fakt, że niektórzy tez nie spedzali sylwestra w gronie znajomych. Martwi fakt, że to mi umyka kolejna okazja do tego, by raz na dobre oderwać się od codziennych problemów. Taka zabawa z przyjaciółmi to przeciez doskonała odskocznia. Taki wieczór można później wspominać przez wiele dni. Takie chwile cementują przyjaźnie. Chcesz normalnie spędzić te noc ale nie jest Ci to dane. To przykre. Nie oczekuję cudów po tym roku. Za to dużo oczekuję od siebie, bo to moja w tym głowa by kolejne sylwestry wspominać z przyjemnością. To ode mnie zależy czy kolejne dni będa wesołe czy kompletnie nie udane. Przede wszystkim ta potrzeba wewnętrznego spokoju. Gdy człowiek wystawiony jest na długotrwały stres, staje się nerwowy. Ludzie zaczynaja sie od niego jeszcze bardziej odwracać. Uczucie wyobcowania staje się coraz silniejsze. A przeciez człowiek jest zwierzęciem stadnym i potrzebuje kontaktów z innymi osobnikami. Chcę być komuś potrzebny. Komuś więcej niż tylko Urzędowi Pracy. Chce dać komuś szczęście ale też chcę szczęścia doświadczyć. Nie wymagam cudów, nigdy tego nie robiłem, bo w cuda zwyczajnie nie wierzę. Tak samo jak nie wierzę w to, że pieniądze nie dają szczęścia. Owszem - dają, pod warunkiem że umiesz je mądrze wydać i zbytnio się nimi nie chwalisz. Ja się moge pochwalić że wygrałem wczoraj 120 zł w Multi-Multi.Daje mi to jakiś finansowy komfort, wiem, że gdy przyjdzie jakiś wydatek, nie będe musiał się martwić. Wchodzę w ten rok z nadzieją na poprawę. Coś każe mi wierzyć że ten rok będzie w pewnym sensie przełomem. W sumie musi być. Może okazać się taki sam jak ostatnie 3. Ale nie musi. W mojej głowie to, by zapewnić sobie stabilny grunt pod nogami, psychiczny komfort na najbliższe 12 miesiący. Przyszłości teraz nie poznam, chyba nawet nie chcę. Wole pozostać w pewnym stopniu bierny.W spokoju lub nie spokoju wyczekiwać na to, co przyniesie los a nie czekać na to, czy spełnia sie przepowiednie dla mnie. Musze nad sobą popracować. Chcę być lepszym dla siebie i dla najbliższych. Dla własnej satysfakcji, bo przecież bywało, że nawet mój największy wysiłek przepływał innym przez palce. Tylko dla siebie.
Pierwszy dzień tego roku był spokojny. Obejrzałem "Chłopaki Nie Płaczą", później konkurs skoków narciarskich i "Plan Lotu". Jutro sobota. Obstawiłem u bukmachera kilka meczów na jutro. Resztę wieczora spędze przed monitorem. Jutro sobota. Chyba wyłącze telefon. Zastanowię się. Dwa tysiące dziesiąty...
skomentuj | (0)
|